1. Z przyczyn politycznych musimy Cię tutaj poinformować o tym, że portal xp.pl wykorzystuje tzw. cookies, czyli technologię zapamiętywania w Twojej przeglądarce (w celu późniejszego prezentowania naszym serwerom przy okazji pobierania treści) drobnych danych konfiguracyjnych uznanych za potrzebne przez administratorów portalu. Przykładowo, dzięki cookies wiadomo, że nie jesteś zupełnie nowym użytkownikiem, lecz na stronach portalu byłeś/aś już wcześniej, co ma wpływ na zbieranie informacji statystycznych o nowych odbiorcach treści. Podobnie, jeżeli masz konto użytkownika portalu xp.pl, dzięki cookies będziemy pamiętać o tym, że jesteś na nim zalogowany.
  2. Ww. technologia cookies jest stosowana przez portal xp.pl i nie stwarza zagrożenia dla bezpieczeństwa Twojego komputera. Jeśli ją akceptujesz, kliknij przycisk "Akceptuję cookies". Spowoduje to zapisanie w Twojej przeglądarce danych cookies świadczących o tej zgodzie, dzięki czemu niniejsze ostrzeżenie nie będzie już więcej prezentowane. Jeśli nie zgadzasz się na stosowanie cookies, zmień konfigurację swej przeglądarki internetowej.
  3. WAŻNE  Rozważ ponadto zarejestrowanie konta na portalu xp.pl. Nasz portal ma potężnych wrogów: kryminalna "grupa watykańska" lub, jak kto woli, grupa skarbowa obejmuje naszym zdaniem swym zasięgiem nie tylko wszystko, co państwowe, w tym np. rejestr domen .pl czy sądy, z których mogą płynąć rozliczne zagrożenia, ale także mnóstwo prywatnych przedsiębiorstw czy nawet prawie wszystkie prywatne przedsiębiorstwa: w tym także zapewne operatorów telekomunikacyjnych(!) oraz firmy z literami XP w nazwie, a nawet odpowiednie sądy polubowne stworzone dla oficjalnego i szybkiego "rozstrzygania" tego typu sporów o domeny. Wszystko jest pod kontrolą jednej władzy, zaś partie dodatkowo wprowadzają jeszcze coraz to nowe podstawy ustawowe do cenzurowania Internetu, do ukrywania treści, które w nim są, przed Polakami – więc bez kontaktu z administracją portalu xp.pl poprzez inny kanał, np. pocztę e-mail, pewnego dnia możesz stracić do niego dostęp! Dlatego zarejestruj się i na zawsze zabezpiecz się w ten sposób przed takim niebezpieczeństwem.
    Nie dopuśćmy, by w naszym kraju funkcjonował polityczny system zamknięty, nie poddany demokratycznej kontroli.Akceptuję cookies
    Rejestrując się zapewnisz sobie też ładną krótką nazwę użytkownika, z której w przyszłości będziesz dumny/a i która będzie poświadczać, że byłeś/aś z nami od początku.
E-MAILIRCTARGSTARTOWA
WIADOMOŚCIPOLSKAŚWIATKOMENTARZETECHNOLOGIA I NAUKAGOSPODARKAKULTURA

Protest do SN ws. sfałszowania wyborów. "Polacy nie chcą partii, które fałszują wybory"

22 paź 2019 01:34

W piątek Piotr Niżyński (szerzej znany ze swego bloga jako ofiara podsłuchu wykonywanego prawdopodobnie przez telewizję) wniósł do Sądu Najwyższego protest w sprawie wysokiego ryzyka, iż sfałszowano wybory do Sejmu poprzez w szczególności dostosowanie wyniku procentowego SLD do z góry założonego pomysłu, co miałoby oznaczać sfałszowanie prawdopodobnie ok. 180 tys. głosów (oszacowanie co do rzędu wielkości).

Zdjęcie 1 z 40

Protest ten można oglądać powyżej.

Jest to kontynuacja tematu, który omówiliśmy już wstępnie w artykule "Oficjalne wyniki wyborów. W tle dowód odgórnego oszustwa, a także demaskatorskie komentarze »telewizji«".

Komentarz autora protestu

Piotr Niżyński komentuje swój protest następującymi słowami:

– Jestem przekonany, że Polacy nie chcą partii, które fałszują wybory. Tymczasem tutaj prawdopodobnie nawet w kilku co najmniej okręgach wyborczych cała obsada różnych obwodowych komitetów wyborczych liczących głosy zaaprobowała fałszerstwo. W związku z tym, że nie wiadomo, gdzie tak było, proponuję powtórzyć wybory w całym kraju. Przyjmując, że ktoś w ogóle liczył uczciwie, to uprzednio, aby dokonać tego dzieła fałszu w postaci ustawienia wyników kańcowych, w całym kraju każdy pojedynczy komitet wyborczy i obwód wyborczy musiał podać jakiejś centrali koordynującej to fałszerstwo informację, ile u niego wyszło głosów na którą listę – po to, by można było osiągnąć pożądany dostosowany wynik ostateczny, a to poprzez dodanie odpowiedniej liczby głosów do liczby dotychczasowej, np. poprzez dodawanie głosów nieistniejących lub złe liczenie albo pomijanie istniejących. Warunkiem sine qua non była tu jednak uprzednia znajomość wyników ze wszystkich pozostałych obwodów i całych okręgów. Inaczej by się po prostu nie dało ustawić wyniku końcowego, a zapewne chciano to zrobić, zgodnie z tym, jak mnie uprzedzano. Ktoś tu więc po prostu siedział najdłużej przy liczeniu i ten musiał mieć już wszystko przygotowane, żeby ostatecznie dokonać swych poprawek. Ten ktoś to nie żadna pojedyncza komisja w pojedynczym obwodzie wyborczym, bo prawdopodobna skala fałszerstw jest za duża na taki zespół. Fałszerstwa przy liczeniu następowały w wielu wielu obwodach jednocześnie, spośród tych, które liczyły do najpóźniejszej pory, natomiast bandycka kooperacja związana z podawaniem własnego wyniku jakiejś centrali – wcale niekoniecznie było to samo tylko PKW – istniała wszędzie, w każdej pojedynczej komisji.

– Aby odpowiedzieć, jak to było możliwe, trzeba uwzględnić, że duże partie mają swych ludzi w komisjach, by zabiegali o ich interesy. W konsekwencji jest więc wiele takich komisji, w których nie ma nikogo innego niż tylko ludzie 2 czy 3 partii. Wówczas możliwa jest zmowa kryminalna i fałszerstwo. W pozostałych natomiast przypadkach wystarczy podawanie wyniku do bandyckiej centrali np. przez SMS-y. Jest to doprawdy skandal kładący gigantyczny cień na wszystkie uczestniczące w tym partie, czyli prawdopodobnie te największe, i, jak mniemam, będzie bardzo istotny na sprawie o ich ewentualną delegalizację, do której kiedyś może dojdzie – tłumaczy Piotr Niżyński.

– Jak wynika z mej skargi problem dotyczył dostosowania wyników SLD i Konfederacji. Wbrew temu pozorowi jednak to praktycznie na pewno nie one dokonały fałszerstwa, ponieważ wymaga ono szerokiego konsensusu, zgody wszystkich członków komisji, którzy podpisują się pod protokołem, co później jest w aktach PKW i także Sądu Najwyższego. Nie sposób sobie tymczasem wyobrazić, by były jakieś komisje, w których tylko np. SLD ma swoich ludzi, a zarazem niezależnie od tego istnieje proceder powiadamiania jakiejś bandyckiej centrali, która im później pomaga, o wyniku. To jest skrajnie nieprawdopodobne, by był jakiś obwód jednocześnie bez ludzi PiS i PO i bez żadnej normalnej osoby, zupełnie niezależnej i nie będącej protegowanym SLD. Co więcej, Kaczyński rok przed wyborami z 2015 r., kiedy to po raz pierwszy dostrzegłem takie fałszerstwo, sam wyraźnie wołał w mediach, że "wybory do europarlamentu zostały sfałszowane". Wtedy brzmiało to jak nieuzasadnione ględzenie osoby grającej tylko na emocjach, a w żaden sposób nie mającej wartościowego wkładu rozumowego w dyskusji. Tymczasem okazuje się, że było w tym ziarno jasnowidzenia. Jeśli więc Kaczyński nie jest wróżką o nieludzkich mocach, to najpewniej wiedział z góry o tym fałszerstwie z 2015 r. – tłumaczy autor skargi. – Tak samo, jak można przypuszczać, było więc i tym razem, bo sprawdzonych ludzi i w dodatku będących u władzy się przy takich projektach kryminalnych nie porzuca – dodaje.

– Po wyborach z 2015 r. napisałem o problemie zafałszowania wyników bodajże na stronie Facebooka związanej z ruchem Kukiz'15 lub Nowoczesna, nie pamiętam dobrze w tej chwili, być może na obu tych stronach. Też ten komentarz tam chyba zlekceważono. Nikt nie walczył w tej sprawie sfałszowania wyborów, wyjaśnionego już wtedy na mym blogu, ani jej nawet nie nagłaśniał. Nie zamieszczano nigdzie linków do mojej prywatnej strony www, gdzie je pozwoliłem sobie opisać. Widać więc, że problem nie dotyczy tylko największych partii i mediów, ale postawa przyzwolenia istnieje chyba nawet w tych nowych.

Wyjaśnienie, dlaczego zapewne nowe partie są tak uległe względem obecnego establishmentu i rządu, zostało zaprezentowane w komentarzowym artykule xp.pl "Trybunał Konstytucyjny pomoże głównym aferałom wymigać się od odpowiedzialności" pod nagłówkiem "Skąd wzięły się stronnictwa Nowoczesna i Kukiz".

Piotr Niżyński opowiada też, w jaki sposób uzdrowić naszą demokrację:

– Zdecydowanie potrzebne są 2 rzeczy, które bardzo bardzo oczyściłyby atmosferę z tego ostentacyjnego lekceważenia wszystkich norm, z tej buty i arogancji, a wprowadziły zamiast niej porządek i kulturę demokratyczną. Po pierwsze potrzebne jest obniżenie progu wyborczego. Z progiem wyborczym jest trochę jak ze stopami procentowymi. Nie ma w ogóle mowy o tym, że może być czy powinien być zerowy. To jest niepotrzebne. Dowolnie wysoki też nie może być. Natomiast regulowanie jego poziomem ma istotny wpływ na politykę, sterując niejako jej temperaturą. Obecnie polityka jest lodowata, nowym bardzo trudno się do niej dostać, wysoki próg staje się dla nowych zwykle nie do przeskoczenia, a wszystko zaczyna zależeć od mass mediów i także ich kierowników, ci jednak zwykle nie są ze sobą zgodni i zmówieni, więc wygrywa ten, kto ich koordynuje. To, co mają ze sobą wspólnego, to chciwość, jak to w biznesie, bo przedsiębiorca chce zarabiać, więc można zgadywać, że to tędy rząd stara się do nich docierać, to jest jego główny argument, innymi słowy: że chodzi tu o administrację skarbową podlegającą Ministrowi Finansów i o problem niepłacenia podatku dochodowego przez inwestora, jak i przez pracowników pracujących przy monitoringu. Chodzi tu też o strach o siebie z powodu skandalu podsłuchowego w telewizji, choć w mniejszym stopniu, ponieważ tego skandalu nikt nie chce i wszyscy chętnie pozwolą, by był wyciszony – schodzi się tutaj inteligencja bardzo wielu różnych ludzi i cel ich starań. Krótko mówiąc, przy wysokim progu istnieje ryzyko, że wszystko zależy od partii, która obecnie jest u władzy, i od jej rządu. Z kolei przy progu zerowym faktycznie istnieje ryzyko, że ambicje małych partyjek mających raptem jednego czy kilku posłów w Sejmie zdominują sprawy kraju, co jest trochę niekorzystne. Jednakże ten problem jest przejaskrawiony, przeceniany, ponieważ takie rzeczy są kompromitujące dla tych, którzy nie znają umiaru i żądają dla siebie tak wiele, że psuje to koalicję, albo kłócą się niesłusznie i powodują upadek rządu czy rozpad koalicji z błahych powodów. Toteż ten problem kłótni, jako powód 5-procentowego progu, podawany we wczesnych latach 90-tych, należy potraktować z przymrużeniem oka, ponieważ nie przemocą się takie rzeczy rozwiązuje, lecz demokracją, czyli po prostu werdyktem wyborców. Oni takich awanturników niech rozliczają, a nie połączone siły kilku dużych partii.

– Podsumowując ten temat, moim zdaniem satysfakcjonujący byłby obecnie, a nawet wręcz konieczny, by rozruszać prawdziwą politykę, w której liczy się moralność, próg wyborczy na poziomie 1%. Jak pokazują wybory i sondaże tyle da się zdobyć nawet przy nikłej reklamie w telewizji lub w ogóle bez niej. Da się dojść do takiego wyniku po prostu przez pracę w terenie. Ja sam bez żadnej kampanii przy zbieraniu podpisów za powstaniem partii, co kiedyś próbowałem zrobić, po czym zrezygnowałem z powodu małego odsetka chętnych na podpisanie, stwierdziłem, że wśród zwykłych statystycznych ludzi odsetek ten wynosi ok. 1% – bez żadnej reklamy w telewizji tyle miałem poparcia w temacie utworzenia nowej partii z nazwą wzmiankującą moje personalia. Na uczelniach było to jeszcze więcej, ok. 2-3%. Toteż sami Państwo byście się przekonali, że próg wyborczy na poziomie 1% bardzo pomógłby demokracji być bardziej otwartą na dyskusję taką już bardzo zbliżoną do sprawowania władzy. Pomógłby po prostu Wysokiej Izbie być bardziej reprezentatywną.

– Po drugie: fałszerstwa te ujawniają, jak potrzebną rzeczą są internetowe wybory. One te wszystkie problemy rozwiązują, ponieważ są przezroczyste. Opisałem pewnego razu na swym blogu propozycję tego, w jaki sposób organizować internetowe wybory, by były odporne na fałszerstwa. Przede wszystkim przyznałbym każdemu obywatelowi jego identyfikator wyborczy, np. taki złożony z 10 liter i cyfr lub jakiś podobny. Identyfikator ten nie podlegałby zmianom w ciągu życia. W Internecie dostępna byłaby lista obywateli wraz z ich swego rodzaju drzewem genealogicznym, w zakresie umożliwionym przez ewidencję ludności. Oczywiście nie chodzi tu o prezentowanie grafu z kreskami, jakichś schematów wyglądających jak drzewo, tylko o przechowywanie po prostu listy, wykazu jeden po drugim, obywateli polskich identyfikowanych po identyfikatorze wyborczy i przy każdym umieszczaniu informacji, których rodziców jest dzieckiem, również zresztą identyfikowanych takim identyfikatorem. Obywatel może głosować w sposób tradycyjny, a może też w Internecie. Kluczowe jest tu wniknięcie, że nie każdemu zależy na takiej zupełnej tajności tego, w jaki sposób głosuje, czyli, choć formalnie Rzeczpospolita Polska zapewnia tajność głosowania, to można z niej rezygnować. Tak jest już obecnie, przecież każdy może powiedzieć drugiemu, na kogo głosował, a nawet da się to udowodnić, np. poprzez głosowanie obok drugiej osoby w jej obecności. Myślę więc, że uwzględnienie w ordynacji tego, że z własnej woli czy winy obywatel może pozwolić, by było wiadomo, na kogo głosował, nie jest problemem. Wracając do rzeczy, lista obywateli odzwierciedlałaby też zmiany w populacji, tj. narodziny nowych obywateli i zgony. Początkowy stan listy obywateli odpowiada demografii Polski i wszystko jest tu dobrze od dziesięcioleci znane. Przy wprowadzeniu systemu głosowania internetowego proponowano by obywatelom zamówienie specjalnej karty, nadającej się np. do schowania w portfelu albo trzymania specjalnie schowanej, gdzie byłby identyfikator wyborcy. Ten zaś, kto tego nie zrobi, musi najpóźniej w jakiejś dacie wymienić dowód osobisty. I w tym dowodzie osobistym będzie w takim przypadku wpisany jego identyfikator. Ta druga opcja dotyczyłaby zwłaszcza ludzi starszych. W nowym dowodzie osobistym byłby jego z kolei identyfikator wyborczy. Kluczowe są tu dwie rzeczy: po pierwsze, lista z obywatelami zapisanymi jako identyfikatory wyborcze, status "żywy"/"umarły" i identyfikatory 2 niesprecyzowanych z płci rodziców, a także bieżące preferencje, byłaby publicznie dostępna w Internecie. Podlegałaby totalnej weryfikacji przez wszystkich zainteresowanych.

– Na skalę lokalną, tzn. co do siebie i ewentualnie swej najbliższej rodziny, każdy mógłby sprawdzić:

  • czy jego własny głos albo nawet głos kogoś z rodziny został prawidłowo tam zapisany; a także to,
  • czy nie dodaje mu się nieistniejących dzieci ani nie zabiera żywych z rodziny – sprawdzenie np. tej pierwszej rzeczy sprowadza się do wyszukania swego własnego identyfikatora w pliku tekstowym listy internetowych wyborców, co pozwala określić, przy ilu osobach jest się podanym jako rodzic; ponadto
  • czy z kolei ci, co w rodzinie umierają, rzeczywiście są jako zmarli oznaczani na liście; oraz
  • czy nie dopisuje się głosów w głosowaniu internetowym członkom rodziny w sytuacji, w której oni wcale nie chcą z takiego trybu głosowania korzystać.

– Na skalę całego kraju zaś wszelkie zainteresowane ośrodki mogłyby weryfikować wynik ostateczny, jak też to, czy nie przybywa w sposób niekontrolowany i nielegalny nowych identyfikatorów w zestawieniu np. z danymi GUS. Taki system byłby więc idealnie przejrzysty i uniemożliwiał fałszerstwa. Każde fałszerstwo byłoby rozpatrywane na poziomie dokumentowym poprzez odpowiednie skargi, np. do Sądu Najwyższego – byłaby dokumentacja każdego przypadku, że obywatel jest niezadowolony, bo np. system informatyczny nie chce zamieścić zmiany jego preferencji wyborczej albo wykreślić go w ogóle z głosowania internetowego. Po drugie system ten wprowadzałby pewne novum polegające na tym, że głosowanie w Internecie trwa tak właściwie cały rok. Nie ma jednego momentu, w którym się dokonuje, choć liczy się wynik na dzień i moment związany z datą wyborów. Natomiast wpisywać swe preferencje, zmieniać je, a także wycofywać się w ogóle z głosowania internetowego można by cały rok. Dawałoby to więc bardzo ważną dla polityków możliwość odczuwania na żywo rezultatów swych decyzji, bez organizowania ciągle na nowo jakichś sondaży poparcia. Po prostu politycy widzieliby, że ludzie rezygnują z ich partii po pewnych decyzjach – albo, przeciwnie, stają się jej zwolennikami. Pomogłoby to więc naszej demokracji zbliżać się do ideału, w którym to rzeczywiście naród jest suwerenem i politycy starają się być mu posłuszni. Przy tym oczywiście nikt nie miałby obowiązku głosować przez Internet, stary system głosowania papierowego w lokalach wyborczych nadal by istniał w najlepsze, tym niemniej można się spodziewać, że liczba zainteresowanych głosowaniem w Internecie szybko osiągnęłaby bardzo wysokie wyniki, np. 20 mln. osób. Informowałaby o tym też telewizja, bo to ważne, więc nie byłoby tu raczej fałszerstw w rodzaju zapisywanie ludzi przez jakiś urząd do głosowania internetowego, wpisywanie ich zmyślonych preferencji, wbrew ich woli i w ten sposób sztuczne nakręcanie liczby głosów na tę czy inną partię. Rozrost głosowania internetowego byłby pod kontrolą społeczną i przyciągałby uwagę w kwestii jego mikro- i makrokontroli.

– A zatem jest to rozwiązanie praktycznie bez wad i eliminujące fałszerstwa dosyć skutecznie. Może nawet nie chodzi tu o ich eliminację, bo zawsze one są możliwe, tylko o doprowadzenie do stanu, w których ewentualne nieprawidłowości są zawsze ewidentne i po prostu udokumentowane. Bo też w przypadku awarii systemu, niemożności zmiany swego głosu itp. szłyby oczywiście skargi do PKW. Ktoś mógłby na piśmie domagać się wykreślenia go z internetowej listy głosów. Krótko mówiąc, pozostałoby kwestią nagłośnienia, czyli kwestią istnienia dobrych mediów, doprowadzenie wyborów do ideału sprawiedliwości. Obecnie tak nie jest, obecnie jest możliwe fałszowanie wyborów i jest to dosyć jaskrawo widoczne. System polega przede wszystkim na ośrodkach sondażowych, te jednak również być może nie są wystarczająco solidne. Koniec końców w praktyce nikt tego nie weryfikuje, bo weryfikacja pozostaje poza zasięgiem umiejętności typowego człowieka. Natomiast głosowanie internetowe wg powyższego schematu problem by usunęło.

Pozostaje tu dodać, że w nowo wybranym Sejmie – w którym zapewne więcej niż jedna partia sprzysięgła się przeciwko wyborom, a o problemie ich fałszowania nie mówi praktycznie nikt, jedyni szerzy w tej dziedzinie to nasz portal i Piotr Niżyński – zapewne nikt czy prawie nikt, ze świecą pewnie szukać choćby 1 takiego posła, nie zaaprobuje powyższego projektu, a internetowe wybory, jeśli w ogóle są w planach, to tylko na zasadzie zaufania do jakiegoś ośrodka. Bez takiej pełnej przejrzystości i pełnej możliwości weryfikowania wszystkiego, jaką daje projekt powyższy. Bo to po prostu najwyraźniej komuś ze złymi intencjami stawałoby na przeszkodzie.

Dodatkowe uwagi Piotra Niżyńskiego co do doniosłości tego protestu wyborczego

Oto jeszcze kolejne oświadczenie, dodane 24.10.2019 r., które pomoże rozwiać pewne wątpliwości proceduralne naszych czytelników. Komentuje autor protestu:

– Niewątpliwe jest, że najprawdopodobniej doszło do sfałszowania nie tylko Konfederacji, jako podobnego do SLD co do liczby 256, ale i wyniku procentowego SLD, gdyż, jak pokazuję w małym przypisie u dołu strony 27, prawdopodobieństwo trafienia na liczbę 256 wewnątrz wyniku 6-cyfrowego jest bardzo niskie, rzędu 0,289%. A tymczasem jest to liczba fundamentalna w bardzo ważnej dziedzinie nowoczesnego życia społecznego, jaką jest informatyka. Takich liczb symboli, które mają nie mniej niż 3 cyfry, bo takie krótkie by się nie nadawały, i które można objaśnić jako istotne we współczesnej polityce nie ma tak dużo.

– Chciałbym jeszcze wyjaśnić, po co w tym proteście przywoływane są jakieś dowody na temat mojej sytuacji i kryminalnego z nią związanego problemu w polityce. Do czego one miałyby służyć? To proste. Ktoś mógłby podnosić, że jest dużo swoistych "liczb-symboli" – dłuższych niż 2 cyfry, bo te nie nadają się na istotny wzorzec ze względu na powszechność ich zdarzenia się – i że w zbiorze liczb naturalnych nie tak kompletnie rzadko się na nie trafia. I że on nie rozumie, dlaczego akurat miano by wybrać liczbę kojarzącą się z informatyką spośród multum innych symboli. Może więc to wynikło tak tylko przy okazji, a mogłoby wyniknąć też coś zupełnie innego i to po prostu łut szczęścia zdeterminował, choć jakieś fałszerstwo faktycznie, załóżmy, jego zdaniem było. Powstaje zatem pytanie o kryterium doboru, o to, jak przebiegał dobór – jest to, jak się okazuje, pytanie kluczowe przy ocenaniu skali fałszerstw – a odpowiedzi rozdzielają się na 2 strony, rozchodzą się na 2 opcje. Po pierwsze więc jest możliwość, że wybrano to wg kryterium bliskości wyniku, czyli niejako "przygodnie": w sposób uwarunkowany bieżącą przypadkowo osiągniętą sytuacją. Konsekwencją obstawiania takiej opcji, traktowania jej jako pewnej czy niemalże pewnej, jest uznanie, że skala fałszerstw jest bardzo mała, istotnie mniejsza niż 1%. Po prostu zdarzają się jakieś symbole co ileś liczb naturalnych, nie tak znowu rzadko, i wybrano pewnie taki wzorzec, jaki wyniknął już po wyborach, a wytypowano go w oparciu o rzeczywisty wynik wyborczy SLD. Tak, by zafałszować niedużo. Gdyby był inny ten wynik procentowy, to wybrano by może inną liczbę, np. rok powstania partii itp. To jest jedna możliwość – i sędziowie mogliby prezentować taką wiarę w swym orzeczeniu. Druga możliwość, w której schodzą się wszystkie inne opcje, to to, że symbol wytypowano czy to przez przypadek, czy to przez kryteria szczególne, z góry upatrzone, w tym kryterium budzenia skojarzeń z portalem xp.pl i ze mną jako osobą prześladowaną politycznie. Równie dobrze może jednak chodzić o co innego niż o sprawy ze mną i z tym portalem związane i nadal jest to ta druga możliwość. W tych więc przypadkach, tych objętych możliwością 2, owo fałszerstwo ma dużo większą, istotniejszą skalę, bo jest realizowane pod z góry upatrzony wynik, w którego lansowaniu zapewne krępowano się już tylko sondażami przedwyborczymi, żeby za wiele od nich nie odstawać i żeby zmieścić się w "błędzie statystycznym" i granicach przyzwoitości: co też rzeczywiście się udało. Jeśli więc kryterium wiąże się ze z góry powziętym przedwyborczym zamiarem lub ewentualnie nawet polega na wybraniu przypadkowego symbolu już po wyborach, na etapie zafałszowywania wyniku niejako swoistą dogrywką, to skala fałszerstw jest duża; jeśli natomiast kryterium wyboru symbolu 256 była bliskość wyniku, co oczywiście ujawnić się może dopiero po wyborach na etapie wspomnianej dogrywki, to wyjątkowo w takiej sytuacji skala fałszerstw jest mała: samo w ogóle spektrum możliwych odchyleń od rzeczywistego wyniku jest małe. Bo wynik końcowy nie jest niezależny od jakiegoś innego z góry założonego w sposób dosyć dowolny, a odległego od prawdy może nawet o 2% błędu statystycznego, tylko w tym wyjątkowym przypadku oznaczonym tu jako możliwość 1 one oba idą w parze i stosuje się optymalizację, by były sobie jak najbliższe.

– Zagrożenie dla sprawy szłoby od sędziów, którzy by chcieli uznawać, że generalnie to skala fałszerstw jest najpewniej mała, a zaufanie do polityki duże, tak, iż można obstawiać, że fałszerstwo, skądinąd widoczne, najpewniej odbyło się w drodze możliwości nr 1, czyli wyzyskania liczby-symbolu możliwie nieodległej od uzyskanego przez SLD 4-cyfrowego wyniku procentowego i ewentualnie jego 3-cyfrowych fragmentów, jeśli chodzi o symbole krótkie.

– Otóż moje dowody idą w kierunku obalania teorii o możliwości pierwszej i dowodzenia tego, że w tych wyborach prawdopodobnie ziściła się możliwość druga. Czyli: że metodologia była taka, iż najprawdopodobniej już nawet przed wyborami – z uwagi na konieczność poświęcenia czasu i zorganizowania całego procederu fałszerstwa, a to w jakimś celu, do którego to celu najwyraźniej tutaj zaliczała się też ostentacja w sprawie własnego problemu kryminalnego – z góry założono sobie z jakiegoś powodu i dosyć dowolnie pewien wzorzec, jaki ma się pojawić w wynikach. Lub: że nawet mniejsza z tym, kiedy on wyniknął i czy faktycznie "a priori", ale że wyniknął z przyczyn niezależnych od rzeczywistego wyniku wyborów. Aby dowodzić tej opcji jako tej prawdopodobnej ja pokazuję, że prawdopodobnie w tym fałszerstwie, w śladzie i ostentacji, jaką ono tworzy, chodziło o mnie – a zatem wskazanie na moją sprawę i na pewne dziwne tendencje w polityce jest tu środkiem do celu, mianowicie celu polegającego na uznaniu przez sąd pewnej istotnej, choć trzymanej w jakichś ryzach, niezależności wyniku ogłoszonego od wyniku rzeczywistego. Inaczej mówiąc: chcę, by uznano, że kierowano się przy wyborze 256-ki kryterium innym niż kryterium bliskości wyniku. W tym celu demonstruję, iż politycy często postępują ostentacyjnie, swe przetrwanie zawdzięczając tylko milczeniu mass mediów, oraz wskazuję, że interesowanie się nawet ściśle moim przypadkiem, jak również moimi przodkami, w czasie, gdy mnie jeszcze nie było na świecie, było już od dawna faktem dobrze zaświadczonym w polityce najwyższego szczebla, aczkolwiek jedynie na zasadzie spektakularnych gestów i ewidentnych spisków. Pozostawiano ślady, które wprawdzie można zinterpretować inaczej niż spiskiem związanym ze mną, tym niemniej prawdopodobieństwo, że go nie ma, trzeba ocenić jako skrajnie niskie (np. metodą prawdopodobieństwa warunkowego omówioną w tekście protestu). Toteż bardzo możliwe, że oparcie teraz fałszerstwa o liczbę akurat 256 było właśnie spowodowane znowu tego typu sytuacją: wolą pozostawienia śladu, że "to przez »spisek papieski« związany z Piotrem Niżyńskim i przestępczością podsłuchową".

– W osiągnięciu konkluzji o wysokim prawdopodobieństwie, czyli po prostu wysokim ryzyku, że właśnie tak było – z czego następnie wynika skala fałszerstw rzędu ok. przynajmniej 1%, co łatwo wywieść z matematyki – pomaga wskazanie, że występuje ogólnie zła sytuacja polityczna i że choć jestem wedle swych zawiadomień do prokuratury itp. prześladowany, to państwo, zamiast z tym walczyć, m. in. swą bezczynnością wspiera ten problem. Wykazywanie istnienia istotnego spisku ze mną związanego pozwala sędziom na właściwą ocenę ryzyka, że kryterium hipotetycznego doboru 256-ki było najpewniej inne niż kryterium bliskości wyniku i że dlatego fałszerstwa były na istotną skalę, ok. 1%, co prowadzi następnie do decyzji o konieczności powtórzenia wyborów w całym kraju. Tak moim zdaniem powinien orzec Sąd Najwyższy: powtórzyć wszystko. Uprzednio zaś powinno temu moim zdaniem towarzyszyć ogłoszenie w głównym wydaniu Wiadomości przez tenże Sąd Najwyższy, zgodnie z jego i nie tylko jego prerogatywą zapisaną w Prawie prasowym, informacji, że taki problem wystąpił i że przydatne byłoby tym razem lepsze nadzorowanie wyborów przez zwykłych obywateli. Mogą go też w tym wyręczyć dziennikarze, bo oczywiście samodzielne działanie tak mało ze swej natury przywódczego organu państwa, jedynie w oparciu o patriotyzm i istniejącą prerogatywę, musi się jawić jako ostateczność.

(n/n, zmieniony: 25 paź 2019 01:59)

×

Dodawanie komentarza

TytułOdp. na:
Treść:
Podpis:
KOMENTARZE (0)Skomentuj
Brak komentarzy do tego artykułu. Możesz napisać pierwszy.
Nowi użytkownicy dzisiaj: 0.© 2018-2019 xp.pl sp. z o. o. i partnerzy. Publikowane materiały wyrażają opinie ich autorów.RSS  |  Reklama  |  O nas  |  Zgłoś skandal