1. Z przyczyn politycznych musimy Cię tutaj poinformować o tym, że portal xp.pl wykorzystuje tzw. cookies, czyli technologię zapamiętywania w Twojej przeglądarce (w celu późniejszego prezentowania naszym serwerom przy okazji pobierania treści) drobnych danych konfiguracyjnych uznanych za potrzebne przez administratorów portalu. Przykładowo, dzięki cookies wiadomo, że nie jesteś zupełnie nowym użytkownikiem, lecz na stronach portalu byłeś/aś już wcześniej, co ma wpływ na zbieranie informacji statystycznych o nowych odbiorcach treści. Podobnie, jeżeli masz konto użytkownika portalu xp.pl, dzięki cookies będziemy pamiętać o tym, że jesteś na nim zalogowany.
  2. Ww. technologia cookies jest stosowana przez portal xp.pl i nie stwarza zagrożenia dla bezpieczeństwa Twojego komputera. Jeśli ją akceptujesz, kliknij przycisk "Akceptuję cookies". Spowoduje to zapisanie w Twojej przeglądarce danych cookies świadczących o tej zgodzie, dzięki czemu niniejsze ostrzeżenie nie będzie już więcej prezentowane. Jeśli nie zgadzasz się na stosowanie cookies, zmień konfigurację swej przeglądarki internetowej.
  3. WAŻNE  Rozważ ponadto zarejestrowanie konta na portalu xp.pl. Nasz portal ma potężnych wrogów: kryminalna "grupa watykańska" lub, jak kto woli, grupa skarbowa obejmuje naszym zdaniem swym zasięgiem nie tylko wszystko, co państwowe, w tym np. rejestr domen .pl czy sądy, z których mogą płynąć rozliczne zagrożenia, ale także mnóstwo prywatnych przedsiębiorstw czy nawet prawie wszystkie prywatne przedsiębiorstwa: w tym także zapewne operatorów telekomunikacyjnych(!) oraz firmy z literami XP w nazwie, a nawet odpowiednie sądy polubowne stworzone dla oficjalnego i szybkiego "rozstrzygania" tego typu sporów o domeny. Wszystko jest pod kontrolą jednej władzy, zaś partie dodatkowo wprowadzają jeszcze coraz to nowe podstawy ustawowe do cenzurowania Internetu, do ukrywania treści, które w nim są, przed Polakami – więc bez kontaktu z administracją portalu xp.pl poprzez inny kanał, np. pocztę e-mail, pewnego dnia możesz stracić do niego dostęp! Dlatego zarejestruj się i na zawsze zabezpiecz się w ten sposób przed takim niebezpieczeństwem.
    Nie dopuśćmy, by w naszym kraju funkcjonował polityczny system zamknięty, nie poddany demokratycznej kontroli.Akceptuję cookies
    Rejestrując się zapewnisz sobie też ładną krótką nazwę użytkownika, z której w przyszłości będziesz dumny/a i która będzie poświadczać, że byłeś/aś z nami od początku.
E-MAILIRCTARGSTARTOWA
WIADOMOŚCIPOLSKAŚWIATKOMENTARZETECHNOLOGIA I NAUKAGOSPODARKAKULTURA

Wniesiony pozew przepadł na amen u prezesa sądu, a PiS to osłania przed ściganiem

6 lis 2021 12:17

Do katalogu przestępstw tolerowanych przez koalicję PiS-SP dołącza najwyraźniej kradzież lub niszczenie przez sąd nowo wnoszonych pism przeznaczonych wg prawa do obsługi w trybie odpowiedniego kodeksu postępowania sądowego. Niedawno otrzymaliśmy z prokuratury odmowę wszczęcia postępowania w tej sprawie, przy czym o artykułach z naszego portalu (w tym zwłaszcza o adwokaturze i sądownictwie) powiadomione jest biuro poselskie Ministra Sprawiedliwości Z. Ziobro.

Zdjęcie 1 z 83 – Zażalenie do sądu na decyzję prokuratury

Sprawa trafi teraz do upolitycznionego sądu, który z pewnością również orzeknie o "obowiązku" nieprowadzenia śledztwa.

Tło tej bulwersującej sprawy jest następujące.

Piotr Niżyński zamierzał w imieniu spółki będącej właścicielem xp.pl sp. z o. o. wnieść w Sądzie Okręgowym w Warszawie pozew z zamiarem odzyskania sporych sum pieniędzy (ponad 2 mln. zł) straconych wskutek niewywiązywania się przez państwowy dom maklerski z obowiązków zapisanych w prawie europejskim. Ślad po tym zamiarze jest w ilustracji nr 83. Temat sprawy dotyczy lat 2013-2015 (nie przekreśla to jeszcze samo w sobie szans na zwycięstwo, bynajmniej), stąd też niewątpliwie wrogowie widząc to ślinią się na myśl o przedawnieniu lub innych prostych metodach uwolnienia się od roszczenia (jak np. brak rejestracji pozwu z powodu niezgodnego z prawem orzekania obu instancji na etapie badania warunków formalnych i kwestii opłaty sądowej, co niestety nie może podlegać bezpośredniej kontroli instancyjnej Sądu Najwyższego). Przykładem tego jest także i postawa samego pozwanego, który obsługując wezwanie przedsądowe i kilka kolejnych pism (z których niektóre miały charakter polemiczny) wyjątkowo opieszale odpisywał, nawet wtedy, gdy chodziło o kwestie oczywiste nadające się do załatwienia od ręki (jak np. przekazanie informacji, że spółka nie zajmie się wcale nowym, po raz drugi wystawionym i nieco przeredagowanym wezwaniem, bo już "postawiła krzyżyk" na roszczeniu). Pozew został dla oszczędzenia czasu, pieniędzy i wysiłku ręki napisany odręcznie w 1 egzemplarzu i wniesiony osobiście na biurze podawczym Sądu Okręgowego w Warszawie przy al. Solidarności 127, bez korzystania z poczty, najpierw dn. 5.08 br. (3 dni po wezwaniu do zapłaty) – wyglądał tak, jak na ilustracji nr 63 (oczywiście bez przesłon w kolorze czarnym ukrywających dane osobowe), czyli prawie że nic w nim nie było, ale umożliwiał np. wezwanie nadawcy do uzupełnienia pisma. Po ok. 3 tygodniach Niżyński napisał do sądowego biura obsługi interesantów e-mailowe zapytanie o sygnaturę nowej sprawy, ale dostał informację, że nie odnaleziono w systemie takiego pozwu. Rzecz jasna nie musiało to od razu oznaczać jego kradzieży przez sąd, gdyż była możliwość, że najpierw pismo leżało w kwarantannie, następnie np. ok. tydzień u prezesa sądu (rekordowy przypadek był w dziedzinie spraw Niżyńskiego w sądzie rejonowym w Piasecznie, gdzie pozew przeleżał u prezesa sądu prawie miesiąc), po czym pozew ten mógłby być np. odłożony na kilka dni do przetransportowania do wydziału gospodarczego (co podobno następuje chyba tylko 2 razy w tygodniu) lub nawet pozostawiony u kierownika sądowego do jakichś ustaleń korespondencyjnych co do charakteru sprawy (zwykła cywilna czy gospodarcza), przy czym na pewno nawet w razie znalezienia się pisma już we właściwym gmachu sądu (sądzie gospodarczym przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie) i tak jeszcze minęłoby trochę czasu, zanim odpowiedni sekretariat sprawę by zarejestrował (np. dopiero na drugi dzień od wpłynięcia poczty). Ponadto w korespondencji została podana błędna orientacyjna data wniesienia pozwu, odległa o 1 dzień od właściwej. Wszystko to wstępnie pozostawiało więc jeszcze spore nadzieje, że sprawa się odnajdzie.

Tę wstępną korespondencję z sądem w ww. sprawie można oglądać na ilustracjach 69-82 (zmiana obrazka – przy pomocy strzałek po jego lewej i prawej stronie). Ilustracje niniejszego artykułu są generalnie pozbierane w paczki tematyczne, np. zawiadomienie do prokuratury, zażalenie, korespondencja, które są zaprezentowane w kolejności w przybliżeniu chronologicznej, od najnowszych – jako że zwłaszcza te najnowsze dokumenty zawierają dane najaktualniejsze, najbardziej interesujące i przy tym wystarczające do wyrobienia sobie zdania o całej tej sprawie.

Walka o pozew na ścieżce administracyjnej

Jak wynika z ww. wstępnej korespondencji e-mailowej, w sądzie pismo przepadło bez wieści, a tymczasem mniej niż miesiąc po dacie jego wniesienia (przypadającej na 5.08 br.), bo w dacie 1.09, sąd był przez Niżyńskiego informowany, że kradzież takiego pisma byłaby nielegalna, byłaby przestępstwem i że może doszło do czegoś takiego (jest ryzyko), a także, że pozew był przy tym wnoszony przez osobę bardzo charakterystycznie wyglądającą i równie nietypowo zachowującą się też względem pracownika i że ogólnie okoliczności były charakterystyczne (rozwijając teraz ten temat można by wskazać np. na rozbrzmiewanie w sądzie tortury dźwiękowej szeptanej), a ponadto podano datę i godzinę kontaktów z panią z biura podawczego (przyjmowała wtedy pisma tylko 1 pracownica, czynne było 1 okienko). Mimo tych e-maili sąd nie zabezpieczył dowodów z nagrania z kamery skierowanej na okienko biura podawczego, choć sytuacja aż się o to prosiła – gdyby tylko była troska o ściganie nadużyć, zrobiono by to i nie pozostawiłoby to sądowi nawet jakiegoś małego pola do wątpliwości co do prawdomówności pokrzywdzonego tą sytuacją reprezentanta powodowej spółki. W konsekwencji niestwierdzenia istnienia dotychczasowego pozwu Piotr Niżyński w imieniu właściciela xp.pl sp. z o. o. próbował ten pozew wnieść jeszcze trzykrotnie (dn. 10.9, 24.9 i 28.9), za każdym razem w innym sądzie (biorąc też już zawsze odpis z potwierdzeniem wpływu pisma), czego dowody są na ilustracjach 63, 43, 38. Korespondencja e-mailowa z biurem obsługi interesantów urwała się na informacji, że sprawę będzie badać biuro podawcze, co w praktyce okazało się bardzo przewlekłe – tygodniami nie udzielano żadnej odpowiedzi, choć jak widać z przeglądu akt Adm 410-272/21 (notabene art. 410 k.p.k. jest o zakresie uwzględniania dowodów w sprawach kryminalnych, a zatem odnosząc to do ostatecznego losu tej sprawy skargowej, o którym za chwilę, widać, że już otwierając teczkę ktoś jak gdyby doskonale znał temat i mrugał okiem, że ta konkretna skarga nie ma szans na powodzenie) biuro podawcze ukradkowo przysłało e-mailem wiceprezesowi sądu wazeliniarską "wersję", iż "my nic nie pamiętamy", co jest hańbą. Grająca na cały sąd tortura dźwiękowa złożona z szeptów, a pochodząca z radia satelitarnego "podsłuchowego" odtwarzanego przez drągi żelbetowe (w tym temacie patrz np. nasz wcześniejszy artykuł pod nagłówkiem "Sąd – jeszcze jeden ośrodek prześladowania jednostki"), a do tego przychodzący charakterystyczny osobnik z białymi brwiami w kurtce z dziurą i wystającym puchem w lewym rękawie i o wyjątkowo jasnożółtych blond włosach, a nadto wspominane w e-mailach dwukrotne proszenie o darowanie kartki papieru to z pewnością sytuacje na tyle niecodzienne, że mogłyby utkwić w pamięci. Gdyby tylko zwrócono się do byłej pracownicy w tym temacie (która jako jedyna tam wtedy dn. 5.08 obsługiwała), a jeszcze lepiej – zorganizowano jej spotkanie z Niżyńskim, twierdzono by co innego. Łatwo mówić, że "nikt" nic nie pamięta, gdy nawet się podobno nie wie, kogo należałoby pytać.

Dnia 10.9 oprócz złożenia nowego pozwu została wniesiona sprawa do prokuratury – patrz ilustracje 21-24.

Rozmowa w dn. 1.9 z kierowniczką biura podawczego na miejscu w sądzie ujawniła, że osoba ta jest zdeterminowana osłaniać sprawę – m. in. nie potrafiła stwierdzić, kto w dacie 5.08 pracował na biurze podawczym (absurdalne "tego się nie da sprawdzić", "ja tego panu nie sprawdzę", choć przecież na każdym piśmie tamtego dnia przyjętym przez sąd była pieczęć z personaliami tego pracownika), głosiła też niedorzeczne teorie, że pracownik przy okienku jest każdego dnia (a nawet zależnie od godziny) inny, ale nie wg żadnego grafiku, bo takiego nie ma, tylko wg jej własnych doraźnych zachcianek (jakoby dzwoni po osobę i wzywa, po czym ona przychodzi pracować na biurze podawczym). Są to okoliczności zaświadczone w skargach, które widać na ilustracjach artykułu (fałszywe oskarżanie o wady-przewinienia dyscyplinarne w skargach jest przestępstwem z art. 234 k.k.), patrz nr 64. Kierowniczka ta stwierdziła, że ma "dwunastu" pracowników pod sobą, pracujących zmianowo na biurze podawczym (w rzeczywistości zaś codziennie byli wtedy mniej więcej ci sami, przez całe nawet tygodnie, lub najwyżej kilka opcji na zmianę), co bardziej niż na wyraz rzeczywistego stanu rzeczy pasowało co najwyżej na aluzję do liczby 12, jako że dziwnym trafem jedyny przypadek jakiegoś wniesienia pisma dotyczącego Piotra Niżyńskiego w tym sądzie w sierpniu br., który został zarejestrowany, miał datę o 12 dni późniejszą, tj. 17.08, było to jednak zdarzenie innego typu (patrz ilustracje 76-79). Nadto kierowniczka podobno wielokrotnie usiłowała podgrzewać atmosferę podnosząc głos lub wchodząc w słowo i prowokując przez to ewentualną awanturę i, w nadziei, ewentualne nasłanie ochroniarza na upragnionego widocznie "natarczywego natręta"; znamienne jest też, że ponoć jej wyrażana w e-mailach, a jeszcze wyraźniej w tamtej rozmowie ustnej z Niżyńskim, idea była taka, że "skoro nie ma tego pozwu, to niech pan po prostu złoży jego kopię, kolejny egzemplarz". Takim krótkim tekstem próbowała podobno uciąć temat zgłaszany przez zbulwersowanego interesanta. Innymi słowy, tak można by wyrazić to streszczone w ww. słowach stanowisko: "skoro skradziono, to i co z tego?... normalna sprawa, niech się pan nie przejmuje, tylko dalej robi swojetaka moja rada! po co tu jakieś nerwy, badania i dociekania... kogo to obchodzi...".

Niżyński bezskutecznie też wypytywał się o pozew na miejscu w gmachu wydziałów gospodarczych Sądu Okręgowego w Warszawie przy ul. Czerniakowskiej, gdzie pracownika przy okienku wykonywała odpowiednie telefony do kierownictwa.

W kolejnych dniach wyszło na jaw, że biuro podawcze w zakresie rzekomo prowadzonego przez siebie dochodzenia przekazało jedynie korespondencję wiceprezes cywilnej p. Małgorzacie Szymkiewicz-Trelce, a skargi zostały zlekceważone, ponadto konsekwentnie – i wbrew radom i informacjom proceduralnym dotyczącym pracy sekretariatów udzielanym telefonicznie przez BOI (co do tego, jak spowodować niedołączanie skargi do starej sprawy, lecz obsłużenie jej zgodnie z właściwością rzeczową przez samego prezesa sądu, do którego zgodnie z zarządzeniem Ministra Sprawiedliwości trafiają nowe pozwy) – uniemożliwiano pokrzywdzonemu tą sytuacją kontakt choćby pisemny z prezesem sądu, czyli sędzią Piotrem Schabem, dawnym pisowsko-ziobrowskim sędzią od lansowania oskarżeń dyscyplinarnych (który teraz w sprawie zniknięcia pozwu jedynie zasłaniał się stale panią wiceprezes do spraw cywilnych, najwyraźniej zresztą świadomą winy sądu i politycznego charakteru sprawy, bo bardzo nieprzychylną, jak zaraz pokażemy). Sytuację tę można oglądać na ilustracjach 25-29 i 55-56. Rzuca się w oczy m. in. to, że sąd zupełnie nic sobie nie robi ze swej misji nadzoru wewnętrznego w dziedzinie zwalczania nadużyć i nie chce ścigać nadużyć (np. organizując jakąś konfrontację Niżyńskiego z byłą już zresztą od września br. pracownicą biura podawczego albo zabezpieczając nagrania), natomiast żąda jedynie dowodu w postaci kopii pisma z naniesioną na nim pieczęcią sądu (tzw. prezentatą) i parafką pracownika poświadczającego jego wpływ. Tego typu dowód uzyskuje się albo przez kserokopię lub odpis poświadczony z konkretnych akt konkretnej sprawy sądowej, albo przy wnoszeniu pisma poprzez zażądanie takiego poświadczenia na drugim egzemplarzu od pracownika biura podawczego. Jednakże rzecz jasna nie każdy w ten sposób wnosi pisma do sądu. Trudno wszak oczekiwać, by każdy przychodził do sądu uzbrojony jak jakiś wojak idący na wojnę z sądem, szykujący więc dowody na sąd i jego ewentualne przyszłe nadużycia, niby jakieś swoje bronie w tej "walce", którymi będzie mógł sąd w razie potrzeby ugodzić. Jest to oczekiwanie absurdalne. Wręcz przeciwnie, zaufanie do legalnie działającego państwa jest wartością chronioną konstytucyjnie. Tym niemniej wiceprezes cywilna wystosowała bezpodstawne prawnie, a zatem naruszające art. 7 Konstytucji RP, wezwanie do uzupełnienia skarg Niżyńskiego o odpis pisma z pieczęcią sądu – "pod rygorem" pozostawienia skargi bez dalszego biegu, jako bezskutecznej. Przepisy regulujące obsługę skarg przez sądy to art. 41a, 41b, 41c, 41d i 41e Prawa o ustroju sądów powszechnych oraz rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z 9 maja 2012 r. (Dz.U. 2012 poz. 524) – jedynie w tym ostatnim akcie prawnym § 5 przewiduje coś takiego, jak wezwanie do uzupełnienia skargi, ale dotyczy to innych przypadków, tj. sytuacji, gdy nie jest dostatecznie jasne, w jakim temacie wnoszona jest skarga. Przedmiot, temat skargi (to, o sprawie jakich nieprawidłowości ona jest) musiałby być niejasny. Toteż skarga zarzucająca kradzież pisma wszczynającego nowe postępowanie cywilne, zawierająca dokładne dane (jak w ww. aktach Adm 410-272/21), z pewnością nie może być uznana za formalnie wybrakowaną i z tego powodu nie podlegającą rozpoznaniu oraz zwalniającą sąd z obowiązków związanych z "nadzorem wewnętrznym", które przecież obciążają go zawsze i bez żadnego wyjątku.

Dla wyjaśnienia wskazać by tu trzeba, że zgodnie z art. 8 i art. 9a Prawa o ustroju sądów powszechnych (patrz temat główny z art. 1, do którego one odsyłają) sąd ma skutecznie, zgodnie z prawem, realizować wymiar sprawiedliwości, czyli swoje zadania z kodeksów, w tym kodeksu postępowania cywilnego, a na straży tego stoją prezesi sądów. Stąd też oczywiste jest, że powinni oni zabiegać o informacje o nadużyciach, a nie je lekceważyć.

Na jaw wychodzą kolejne absurdalne procedury sądu i Ministerstwa Sprawiedliwości

Nowo złożony przez Niżyńskiego pozew z dn. 10.9 br. powinien zgodnie z (wydanym z upoważnienia ustawowego) zarządzeniem Ministra Sprawiedliwości (§ 16 ust. 2) trafić najpierw do sekretariatu administracyjnego, w praktyce więc pod opiekę prezesa lub wiceprezesa sądu (podobną wstępną kontrolę przez prezesa sądu przewiduje też np. Kodeks postępowania karnego w stosunku do napływających do sądu aktów oskarżenia, patrz np. art. 330 § 3, art. 337 § 1 k.p.k. i multum innych), który by następnie wylosował spośród sądowych wydziałów cywilnych lub gospodarczych ten, który sprawę obsłuży – chyba że zarządzono, że zajmuje się tym jakiś inny wydział, w tym zwłaszcza cywilny.

Jak jednak wynika z tego, co w zażaleniu na ilustracji 1 zgłoszone zostało prokuraturze, wg pracowników tzw. przedwydziałem (tzn. pierwszym w ogóle miejscem po opuszczeniu biura podawczego), do którego TAKA konkretnie sprawa, takie konkretnie pismo (rażąco wybrakowany pozew) trafia, jest sam prezes sądu. Tak informowała pracująca przy okienku przez sporą część czy większość września br. Natalia M., pracownica biura podawczego (por. ilustracja 3). Zachodzi tu jednak jakaś subtelnie z tych słów wynikająca nieprawidłowość i niekonsekwencja (patrz też ostatni akapit ilustracji 55, który również to wytyka), jako że co do zasady sąd każde napływające pismo ma obowiązek rejestrować już na biurze podawczym, jeszcze przed przekazaniem go do jakiegokolwiek sekretariatu. Mówi się w tym kontekście o "księdze podawczej" (rejestrze pism przychodzących, który może być prowadzony komputerowo) – patrz § 67 ust. 2 pkt 15 instrukcji sądowej – i tak też powiedziała Piotrowi Niżyńskiemu obsługująca przy okienku Biura Obsługi Interesantów ww. sądu pani chyba Elżbieta. Szczegółowo na ten temat wypytywana miała potwierdzić, że dotyczy to absolutnie każdego pisma, w tym więc także, jak potwierdziła, nowo wnoszonego pozwu – bez znaczenia, czy wybrakowanego i mającego postać jednej kartki bez treści i bez podpisu, czy nie. Wyjaśnienia złożone przez tę zaawansowaną notabene wiekiem panią nie budzą wątpliwości, mieszczą się bowiem w swoistym kanonie zasad funkcjonowania sądownictwa. Trudno też zrozumieć, co miałoby stać za wyjątkiem od zasady rejestrowania wszystkich napływających pism. Zaskoczenie natomiast przyniosła rozmowa Piotra Niżyńskiego z młodą pracownicą biura podawczego Natalią M. na temat pozwu wniesionego kilka dni wcześniej (już drugiego, tym razem z pobraniem pieczątki na kopii), czyli dn. 10.9 br., gdyż stwierdziła ona najpierw (oprócz tego, że takie pozwy to oni przekażą prosto do prezesa sądu, co wyznała już nieco później wypytywana o to), iż nie ma tego pozwu w systemie ani w rejestrze spraw cywilnych, ani nawet w systemie biura podawczego. Dopiero po pokazaniu odpisu z pieczęcią miała ona zadzwonić przy Niżyńskim do sekretariatu prezesa sądu i ustalić, że sprawa ta, którą, jak pamięta, przekazała, "jest", nie zaginęła i ma bardzo kuriozalną sygnaturę – jak się okazuje, sekretariat wylansował tutaj (zapewne wymyślił sobie) oryginalne "repertorium DK" (tzn. oznaczenie DK rozpoczynające sygnaturę), nikomu wcześniej z pracowników nieznane i niedostępne dla wewnątrzsądowego systemu komputerowego. Podano nr DK-18500 (kojarzący się więc, jak łatwo dostrzec, z "dziennikiem wyprzedzającym nawet Fakty", te bowiem pewnie symbolizowałoby 19000, jako odpowiednik godziny 19:00), jako że Niżyński chciał poznać jakiś nr, który pozwoli powoływać się na tę sprawę wśród multum innych (identyfikować ją) – tymczasem zaś nie wiadomo, co innego niż aluzję na ww. zasadzie poczynioną numer ten miałby oznaczać, w szczególności, czy może zakłada się jakieś teczki i nadrukowuje na nich takie numery – mimo, że podobno nikt o tym jak dotąd nie słyszał w sekretariatach (repertorium DK to jakieś podobno nikomu praktycznie nieznane, w odróżnieniu np. od dużo bardziej znanego symbolu L.Dz. – jako "liczba dziennikowa", opisująca bodajże pozycję w sądowym systemie komputerowym księgi podawczej). Co najważniejsze, to że – jak się okazało – w ramach wyjątku "takie" pisma biuro podawcze przekaże do prezesa sądu bez ich JAKIEGOKOLWIEK rejestrowania w systemie, tj. nawet bez odnotowania tego w księdze podawczej, pozostawiając "ewentualne" (i jak widać w tym przypadku pominięte) zrobienie tego tamtejszemu sekretariatowi. Tak podała ww. pracownica biura podawczego i odzwierciedlało to stan zastany przez Niżyńskiego w związku z poszukiwaniem złożonego po raz drugi 10.9 br. pozwu.

Można tu na marginesie nadmienić, że w sądzie tym po pierwsze od dawna giną e-maile przysyłane z adresów @xp.pl (jak pokazują np. ilustracje i podpisy pod nimi nr 51-54 i 69), a po drugie – bardzo ciężko i jak na razie bezowocnie przebiegają zabiegania o zarejestrowanie tego samego pozwu wniesionego ponownie w późniejszej dacie, tj. 10.09 br., tym razem już z zachowaniem przypieczętowanej przez biuro podawcze kopii. Te problemy z rejestracją nawet już w tym przypadku odszukanego pisma pokazują ilustracje nr 57-62.

Równie osobliwe rezultaty, co rozmowy z pracownikami na temat II próby wniesienia pozwu (z 10.09), choć tym razem dużo bardziej już niestety przypominające szarą rzeczywistość życia typowego dla prześladowanych politycznie, przyniosły dociekania Niżyńskiego w przedmiocie nagrań z kamer. Oczywiście, jak nietrudno zgadnąć, nagrania te się nie odnalazły, nie zachowały (alternatywą mogłoby być chyba co najwyżej to, że prawie nic nie widać i że kamera była "źle ustawiona", do którego to poziomu się nie zniżono), tym niemniej trzeba tu odnotować, co następuje. Dnia 15.9 br., a zatem zaledwie 41 dni po wniesieniu pozwu, w ślad za już kilkakrotnym (w nawet i wcześniejszych datach) e-mailowym podnoszeniem tematem, Niżyński zażądał na miejscu od niezbyt przyjaznej (wypowiadającej się w stylu dążenia do szybkiego zamknięcia tematu, "bo nic się nie da ustalić i nic nie pamiętamy") ok. może 45- czy 50-letniej pani Elżbiety M. pomagającej przy biurze podawczym (obok głównego pracownika), by zwróciła się o zabezpieczenie nagrań z kamery wymierzonej w biuro podawcze (data 5.08, godz. ok. 9-14). Nie było to pierwsza taka wzmianka, że jest to celowe i że należałoby to zrobić, ale pierwsza poczyniona na miejscu wobec pracownika, który wyraźnie powiedział i zobowiązał się, że to zrobi, i któremu w dodatku pokazano przypieczętowaną kopię zawiadomienia do prokuratury na temat przestępstwa w sądzie. W związku z tym w normalnym przypadku nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewałby się, że nagrania nie będzie. Absurdalne byłoby nieistnienie nagrania z kamer po tak krótkim czasie. Nie wiadomo by, w takim razie, czemu takie nagrania miałyby służyć – już chyba raczej ściganiu jakichś rozboi (bo skutecznemu ściganiu kradzieży kieszonkowych już np. niekoniecznie) i pobić, ale nie znikania dokumentów w sądzie. Przede wszystkim bowiem trzeba przecież zawsze zarezerwować trochę czasu na to, że pokrzywdzony musi się najpierw w ogóle zorientować, że problem powstał. Ta faza nieświadomości może zabrać kilka tygodni – nie świadczy to bynajmniej o jakiejś "głupocie" czy braku powszechnie występującego doświadczenia życiowego – i taki wynik Niżyńskiego, wynoszący kilka tygodni, nie jest tu jakoś bardzo na marginesie głównej części rozkładu Gaussa. Następnie jest faza związana z przebiegiem zawiadamiania Policji. Kto w Warszawie próbował złożyć zawiadomienie poprzez po prostu przyjście pewnego razu na komendę Policji, ten może zauważył (choć jest w tym pewnie też sporo złośliwości), że czekanie na przesłuchanie przez pracownika potrafi się ciągnąć godzinami – ok. jednej godziny to wynik już taki raczej bardzo przyzwoity i dobrze świadczący o komendzie. Bywają bowiem spore kolejki, po np. 4-5 osób czekających; tymczasem zaś przecież normalni ludzie mają za dnia inne zajęcia, a i wieczorem niezbyt się chce rezerwować całe godziny, wliczając w to czas dojazdu na komendę i powrotu (zwłaszcza zaś, gdy ktoś nie porusza się samochodem, tylko komunikacją miejską, a jak wiadomo jest taki również godny uwagi i sensownego obsługiwania odsetek ludności). W praktyce więc mądrym rozwiązaniem wydaje się zamiast przyjścia na Policję wysłanie do niej listu-zawiadomienia pisemnego. Można też przynieść go samemu, ale to już raz bywa tak, a raz owak, toteż jak wiadomo wysyłka pocztą jak najbardziej wchodzi w grę. Stąd też mamy już najpierw kilka tygodni, po czym nawet 2-3 dni od czasu jakiejś wieczornej wizyty na poczcie do dnia, gdy zawiadomienie leży przed funkcjonariuszem. Funkcjonariusz może nie zechcieć zwrócić się o zabezpieczenie nagrania bez uprzedniego przesłuchania, co wymaga zarezerwowania terminu o ileś dni późniejszego, a nawet może zajść sytuacja – co jakoś tak dziwnie schodzi się z przypadkami kradzieży pism w sądzie (przypadki polityczne?... pewnie często tak) – że w ogóle odmówi wszczęcia postępowania. W takim przypadku pozostaje odwołanie do sądu, które zajmuje wiele miesięcy. Ponadto Policja typowo zwróci się do sądu z konkretnym pismem, opieczętowanym oficjalnie i wysłanym z komendy (albo od prokuratora), co znowu oznacza konieczność poświęcenia kilku dni na transport pocztowy oraz przeleżenie pisma na biurze podawczym (nie tylko kwarantanna, ale też normalne zjawisko, że właściwe obsłużenie i rejestracja pisma w sekretariacie następuje typowo dopiero dzień po jego pojawieniu się w biurze podawczym). Przyjmując więc nawet poprawną pracę organów ścigania, kilka dni wstępnego opóźnienia związanego z obłożeniem funkcjonariusza obowiązkami oraz rejestracją zawiadomienia plus kilka dni na transport wezwania do zabezpieczenia nagrań do sądu włącznie jeszcze z zarejestrowaniem tego pisma w odpowiedniej teczce dają w sumie ok. tydzień dalszego opóźnienia. To już więc w sumie 4 tygodnie – 28 dni od hipotetycznego incydentu kradzieży pisma wniesionego do sądu, który Państwu mógłby się zdarzyć. Można też analizować przypadki pośrednie, reprezentujące "odcienie szarości", jako że organy ścigania mają co do zasady 2 miesiące na ukończenie dochodzenia (można ten okres dochodzenia jeszcze przedłużać), a zatem wystąpienie o zabezpieczenie nagrania mogłoby nastąpić z pewnym jeszcze dodatkowym opóźnieniem.

Dla porównania, koszt dysku twardego pozwalającego przechowywać w rejestratorze monitoringu nagrania z kamer za liczne miesiące, nawet pół roku, to najwyżej zaledwie kilkaset zł i koszt taki sąd ponosi raz na wiele lat, nawet raz na aż 30 lat, bo po prostu nie ma potrzeby częściej. Co stoi temu na przeszkodzie? Nic sensownego. Jedynie głupotą sądu – ALBO wolą osłaniania przekrętów, co wydaje się bardziej przekonujące – można więc tłumaczyć sytuację, gdy nagrania przechowywane są oficjalnie przez 1 miesiąc, a w praktyce podobno przez ok. 25-26 dni, jak dowodzi przegląd teczki Adm 410-272/21 (vide wydrukowane tam e-maile pracowników biura podawczego dotyczące przebiegu jego czynności wyjaśniających i w szczególności, właśnie, dostępności nagrań), co by oznaczało, że dn. 1.09 br. (kiedy to Niżyński przekazał dokładną datę i przybliżone godziny incydentu swej wizyty w sądzie w sierpniu oraz poinformował o zagrożeniu kryminalnym) jakoby nagrania dla daty 5.08 właśnie się zacierały, automatycznie usuwały. W każdym razie, po skierowaniu ustnej prośby do pracownicy biura podawczego jeszcze tego samego dnia Piotr Niżyński złożył wniosek o udostępnienie informacji publicznej co do tego, czy te nagrania rzeczywiście zabezpieczono, uzasadniając potrzebę informacji publicznej skandalicznym charakterem tej całej sprawy (ilustracja nr 44). Przyszła sygnowana przez wiceprezesa odpowiedź bardzo nieprzychylna, nie licująca ze standardami konstytucyjnymi co do dostępności informacji, choć koniec końców wyjaśniająca temat: że wg oficjalnych zarządzeń prezesa sądu nagrania z kamer przechowuje się tylko przez miesiąc (ilustracja 45-52). To samo stwierdzili też, równie "wzruszając ramionami" na cały ten problem, jeszcze 2 inni wiceprezesi tego samego sądu (ilustracja 39-42).

Sami Państwo możecie zatem ocenić, czy jest to sąd troszczący się o rzeczywiste, a nie jedynie pozorowane, zwalczanie nadużyć w temacie sądowej rejestracji napływających pism. Nie sposób wszakże wskazać uzasadnienia, dlaczego nagrania miałyby znikać już po miesiącu, a tym bardziej, dlaczego już po 25 dniach i jaki to ma (sensowny w dzisiejszych czasach) cel – rzecz jasna w warunkach nie bawiącego się nagraniami poprawnie pracującego personelu, co niewątpliwie należy egzekwować, a zatem w warunkach, gdy nagrania mogłyby sobie przecież spokojnie leżeć całymi miesiącami, nawet i przez pół roku.

Problem ten był też wstępnie wzmiankowany premierowi Mateuszowi Morawieckiemu poprzez jego kancelarię (jakkolwiek pewnie zlekceważono tam pismo i nie powiadomiono tam o tym ważnym zagadnieniu samego premiera, być może już przez wzgląd na nazwisko skarżącego, "którego należy jak najbardziej od postaci premiera izolować, bo to jest Niżyński i jego się dyskryminuje", być może), jak pokazują ilustracje nr 30-32 (wydruk pisma ePUAP; patrz końcowy akapit s. 2).

Szykany ponadto idą od samego Ministerstwa Sprawiedliwości – szykany trudne do uzasadnienia, bo przecież sądy nie są zalewane setkami pism typu "pozew" wnoszonymi tylko po to, by je sparaliżować (media jakoś o tym nie donoszą), a gdyby nawet tak było, to by sobie z tym poradziły bez nowych, dodatkowych, nieprzychylnych dla interesantów rozwiązań prawnych. Tymczasem zaś nowa legislacja robi swoje i również szkodzi, również pomaga "dokopać" próbom Niżyńskiego w kierunku wniesienia sprawy. Mianowicie: w tym konkretnym przypadku pozew wnoszony był nie przypadkiem, lecz celowo jako pismo wybrakowane – by dać sobie więcej czasu na przygotowanie się na ogromne wyzwania finansowe i proceduralno-formalnoprawne, jakie niesie ze sobą procesowanie się w imieniu spółki w Panamie (zwłaszcza, że jej stan, nie dość póki co wykazany w rejestrze, stwarza realne zagrożenie dla losu sprawy w przypadku nieprzychylnych-prodyskryminacyjnych sędziów, czego oczywiście w takich warunkach politycznych można się spodziewać). Jak gdyby przewidując tę sytuację (wspólnie z kryminalnym "telewizyjnym" ośrodkiem śledzącym i ponoć papieżem jako jego jakimś kontaktem) ministerstwo Zbigniewa Ziobro wprowadziło specjalny złośliwy przepis, art. 186(1) Kodeksu postępowania cywilnego, który wprowadza wyjątek od ogólnej reguły postępowania z pismami wybrakowanymi polegającej na wzywaniu do ich uzupełnienia w terminie 7 dniu (przy czym najpierw, rzecz jasna, takie wezwanie musi dotrzeć do adresata, co potrafi trwać ponad 2 tygodnie od daty wysyłki, sama wysyłka zaś nie jest też często przez sąd realizowana natychmiastowo po zarządzeniu od sędziego, tylko niekiedy z opóźnieniem nawet kilkutygodniowym, choć to niezbyt prawidłowe). Mianowicie, jak się okazuje, pozew wybrakowany na tyle, że "nie wynika z niego żądanie rozpoznania sprawy o charakterze sporu cywilnego", podlega natychmiastowemu odesłaniu do nadawcy, bez wzywania do jego uzupełnienia – przy czym niejasne jest, czy przerywa takie zdarzenie bieg przedawnienia, czy też nie (ustawa nie stwierdza, że przerywa), ale można się domyślać, że być może w ramach wspólnej złośliwości ministerstwa i sędziów uznano by, że nie przerywa, w tym także z przyczyn dowodowych oraz wzorując się na podobnych przypadkach lepiej opisanych przez ustawę (art. 130 § 2 k.p.c.). W każdym razie nowy ww. potworkowaty przepis art. 1861 k.p.c. może służyć za przykład działań resortu atakujących niewinne, niezbyt radzące sobie osoby, idące po prostu za radami, których być może swego czasu udzielili im prawnicy (mowa tu o trącących od niedawna myszką pomysłach w rodzaju "taki pozew to nawet sama może pani wysłać do sądu... napisać cokolwiek, nawet pismo Pozew bez treści, i zaczekać, aż sąd wezwie do jego uzupełnienia, to wtedy pani wymieni on wszystko, co musi zostać dodatkowo wyjaśnione i załatwione w kolejnym piśmie" – z pewnością niejednemu prawnikowi zdarzyło się kiedyś dać taką radę albo takie wyjaśnienia). Być może przepis ten miał też w zamyśle, wobec generalnie to najwyraźniej starodawnego charakteru tego spisku, ułatwić sędziom takim, jak np. prezes Piotr Schab, wytłumaczenie się z tego, dlaczego rażąco wybrakowane pozwy miałyby trafiać bezpośrednio do niego i dlaczego wydał takie zarządzenie, choć przecież są to bądź co bądź pisma cywilne i tak jak każde pismo cywilne powinny podlegać normalnemu uzupełnianiu braków.

Los zawiadomienia do prokuratury – pełne osłanianie nadużyć wbrew istniejącym różnym podstawom prawnym

Najciekawsze jest jednak spojrzenie na to, jak sprawę prawdopodobnie kradzieży pisma przez sąd (zniszczenia, wyrzucenia go bez podejmowania działań, jakie nakazuje prawo) potraktowała prokuratura. Jest to dobra wskazówka co do politycznego tła sprawy.

Postanowienie prokuratury odmawiające wszczęcia dochodzenia pokazane jest na ilustracjach 15-20, przy czym jego zamysłem jest zanudzanie czytelnika dywagacjami prawnymi i odwracanie uwagi od bardzo prostej rzeczy. Zgodnie z art. 9 Kodeksu postępowania karnego prokuratura powinna wszczynać śledztwa nawet z urzędu, jeśli tylko ma informacje przemawiające za tym, że mogło dojść do przestępstwa (argumentem zaś może tu być już choćby fakt zawiadomienia prokuratury, gdyż fałszywe zawiadomienia czy co gorsza oskarżenia pod czyimś adresem są niewątpliwie karalne). Takie wnioski wypływają też z art. 2 k.p.k. w połączeniu z zasadami prawa wykładanymi na uczelniach ("ilekroć litera prawa nie dość dokładnie precyzuje jakieś zagadnienie, kierować się dodatkowymi wykładniami, w tym zwłaszcza celowościową i systemową"). W tym zaś przypadku Niżyński zgłosił nie jedynie problem z art. 276 Kodeksu karnego dotyczącego niszczenia, ukrywania lub kradzieży dokumentów (co, w ramach wyjątku, mimo małej może ceny dokumentu jest zawsze przestępstwem, a nie jedynie wykroczeniem w rodzaju kradzieży kieszonkowej), ale wyraźnie zażądał też rozpoznania sprawy pod kątem dodatkowego tematu, w którym również miałby status pokrzywdzonego, a mianowicie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków związanych z rejestracją pozwu i zapewnieniem jego zgodnej z prawem obsługi. Zgodnie bowiem z art. 7 Konstytucji RP organy władzy publicznej (w tym sądy) działają na podstawie i w granicach prawa, zaś wyrazem tej konieczności jest na gruncie prawa karnego art. 231 k.k. głoszący, że "funkcjonariusz publiczny" (istnieje znana definicja ustawowa, np. więc tutaj: prezes sądu, kierownik biura podawczego, a w ostateczności też klasyfikuje się tutaj przecież także zwykły pracownik biura podawczego, jako że ma on fundamentalne a nie "jedynie usługowe", czyli poboczne, obowiązki względem systemu prawnego), który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Przepisy nie wymagają ściśle umyślności w łamaniu prawa, gdyż w przypadku dużej szkody wystarczy zachowanie nieumyślne (definicja tego jest w art. 9 k.k.), a ponadto w przypadku mylnego przekonania o praworządnym zachowaniu się, jeśli jest ono nieusprawiedliwione, również możliwe jest ukaranie z art. 231 k.k., o czym można poczytać w zażaleniu. Ponadto szczegółowe przepisy (instrukcja sądowa, kodeks postępowania cywilnego, regulamin urzędowania sądów powszechnych) w ogóle w tym przypadku nie zajmują się "dokumentowym" lub "niedokumentowym" charakterem kartki papieru, nie ma to tutaj znaczenia, choć wyraźnie, jak pokazano w zażaleniu ({{ArticlePhotoGalleryLink pkt 1, a także 10-14, przy czym puenta zaczyna się w ostatnim akapicie obrazka 13)}}, pismo przewodnie złożone w sądzie (tj. pismo wniesione jako pismo procesowe) jest dokumentem w rozumieniu ogólnych definicji znanych z ustawy, podręczników i orzecznictwa i, co za tym idzie, na pewno żadne orzecznictwo tego nie przekreśla, bo byłoby to niezgodne z prawem i niecelowe.

Chodzi w skrócie rzecz biorąc o to, że pismo takie, choćby było bardzo wybrakowane, jest dowodem okoliczności mającej znaczenie prawne w postaci nie tylko tego, że pismo takie złożono, bo to można by próbować jeszcze uznawać za bez znaczenia prawnego, ale przede wszystkim w postaci obowiązku sądu, by je odpowiednio obsłużyć. O ile zaś coś z uwagi na utrwaloną w tym (szeroko pojętymi "pisemnymi" metodami) treść dowodzi obowiązku prawnego, o tyle jest dokumentem (wg Kodeksu karnego).

Prokurator pomija m. in. okoliczność, że takie pismo z chwilą jego złożenia zostaje podpisane przez przyjmującego go pracownika sądu (przejawy tego widać na ilustracjach 63, 43, 38), a więc w każdym razie nie jest jakąś tam nie podpisaną kartką. Ponadto podnoszone przez niego jako argument orzecznictwo w istocie jest zupełnie na inny temat niż twierdzi on w tekście i nie zawiera prezentowanej w tekście prokuratorskiego uzasadnienia tezy ani nawet tezy do niej podobnej, jak można sprawdzić w Internecie – patrz ilustracja nr 17 (liczba stosowana na oznaczenie papieża Franciszka w symbolice biblijnej, pochodzi od daty urodzin 17.12), gdzie w akapicie przedostatnim prokurator powołuje się na wyrok II KRN 302/91 twierdząc, że jego tezą jest to, iż kawałek papieru nawet z wpisanymi (np. metodą stemplowania) niektórymi danymi "Nie stanowi dokumentu ... jeżeli nie został podpisany przez uprawnioną osobę albo został jedynie zaopatrzony podpisem in blanco". W rzeczywistości zaś treść tego wyroku można przeglądać np. na stronie internetowej znanego serwisu LEX https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/orzeczenia-sadow/ii-krn-302-91-wyrok-sadu-najwyzszego-520114726 i z pewnością nie ma tam takich tez, a pismo Niżyńskiego zatytułowane "pozew" jakiś podpis na sobie miało, mianowicie podpis p. Koźbiał przystawiony w okolicach pieczątki przy przyjmowaniu tego pisma. Upierano się też (dziwnie złośliwie) przy teorii, że pismo procesowe złożone do sądu, jeśli jest bardzo wybrakowane, jest rzekomo właściwym przedmiotem orzecznictwa o znaczeniu kradzieży "druków" ("formularzy") z punktu widzenia art. 276 k.k. – pokrzywdzony z tym w ramach swego zażalenia umiejętnie polemizuje (co każdy uczciwy sędzia by docenił), bo chyba pod tym pojęciem ("druki") rozumie się co do zasady co innego, tj. np. formularz spoczywający w sądowych pojemnikach z formularzami do pobrania przez interesantów, a więc coś jeszcze przed a nie po wykorzystaniu na zasadzie złożenia w odpowiednim miejscu, wniesienia do organu państwowego itp. – zaś ogólne reguły prawne i definicje (jak np. karnoprawna definicja dokumentu) w tym temacie jakoby zdaniem prokuratury schodzą na dalszy plan czy wręcz są pozbawiane znaczenia, nie wiedzieć czemu i wbrew zasadom językowej wykładni prawa (tj. przepisu art. 115 § 14 k.k.).

Pokrzywdzony wyraźnie napisał też już w zawiadomieniu (ilustracja 4), że domaga się prowadzenia śledztwa również z paragrafu o funkcjonariuszach publicznych łamiących w szkodliwy sposób prawo, prokuratura zaś cały ten wątek pominęła, a skupiła się na demagogicznym przekonywaniu (zupełnie oderwanym od znamion art. 231 k.k. i tego, przeciwko czemu on się zwraca), że wniesione do sądu odręcznie napisane pismo przypominające ze swej konstrukcji nie do końca wypełniony (bo niepodpisany) druk "nie jest dokumentem w rozumieniu prawa karnego" – akurat to bycie lub niebycie "dokumentem" ją tutaj jedynie interesowało, nie wiedzieć czemu. Nie znalazła też wprawdzie na tę swoją tezę, jak pokazuje Piotr Niżyński w zażaleniu, żadnego orzecznictwa ściśle o takim właśnie temacie – tj. o tym, że jakoby bez podpisu osoby wnoszącej czy bez jakichś zdań formułujących treść (kolejnych zdań np. pozwu) wnoszony pozew (choćby miał podpis-parafką pracownika biura podawczego) nie jest dokumentem (prokuratura w tym zakresie przytaczała wyroki wypowiadające się na inne zupełnie tematy, nie rozstrzygające zaś znaczenia, w kontekście przepisów o dokumentach, jakie ma pismo procesowego bez podpisu wnoszącego, ale z podpisem pracownika przyjmującego je) – tym niemniej obstawała przy lansowaniu "na ślepo" teorii, że nie ma tutaj w ogóle dokumentu, nie ma żadnych okoliczności prawnie istotnych, nic zupełnie ważnego dla praworządności, przez co jakoby art. 276 k.k. nie wchodzi w grę. A przecież nawet, jeśli by zgodzić się z tymi demagogicznymi i w istocie nie udowodnionymi należycie teoriami, nie zmienia to w żaden sposób możliwości odpowiadania sprawcy na gruncie art. 231 k.k. o przekroczeniu uprawnień (lub niedopełnieniu obowiązków) w razie, gdyby pismo np. podarto i wyrzucono (rzecz jasna – bez podstawy prawnej) albo nawet ukryto (w niezarejestrowanej teczce, w szufladzie itp.) czy zabrano do domu i pozostawiono w ten sposób bez dalszych prawem narzuconych czynności.

Zażalenie pokrzywdzonego (od ilustracji 1) trafnie rozprawia się z obronnymi względem Sądu Okręgowego i jego prezesa teoriami prokuratury, ale najprawdopodobniej przegra z tych samych przyczyn, co i zawiadomienie pierwotnie przegrało w prokuraturze, tj. z uwagi na polityczne tło sprawy.

Znowu realizacja kaprysu babilońskiego z tajnych przepowiedni Michaldy?

Dodatkowo, na blogu pokrzywdzonego (www.bandycituska.com) w dopiskach pod najnowszych wpisem Radykalnie niesprawiedliwa, kłamliwa, haniebna decyzja Trybunału w Strasburgu (temat kompromitacji strasburskiej poruszaliśmy też na xp.pl) można znaleźć wskazówkę wyjaśniającą, że prawdopodobnie i ta sprawa jest częścią "planu na rok 2021" polegającego na serii ataków na Niżyńskiego (słynnego pokrzywdzonego i wg planów "drugiego zbawiciela", apokaliptycznego "antychrysta") i porażek tej osoby w dziedzinie prawno-sądowej, a zatem sukcesów polityki rozkradania ze wszystkiego. Pod bowiem dotyczący najpewniej tego właśnie, jak się z czasem okazało (abstrahując tu od innych może dużo ważniejszych historycznie konotacji), "rok 1870 po śmierci Mesjasza" znany z przepowiedni jako rok zadowolonego z siebie wieśniactwa (odwzorowany zaś w dziedzinie porażek Niżyńskiego, w tym tej strasburskiej, na obecny rok 2021, jak to się w czerwcu okazało) podpada też powstanie Citibanku i... firmy Bolsius, co schodzi się w parze:

  1. z dziwacznie ryzykancką i, w zaistniałych realiach, prowadzącą w istocie co najwyżej do dalszego odzierania Niżyńskiego z pieniędzy ofertą Citibanku, tj. ofertą konta Citigold ("Jeśli będziesz mieć minimum 400 tys. zł na koncie, zarobisz na tym najwięcej na całym polskim rynku bankowym, więc zapraszamy; jeśli jednak okaże się, że będziesz mieć mniej, płacisz za to konto aż 220 zł miesięcznie i tyle co rusz tracisz") – którą łatwo w tym kontekście zestawić z gigantycznym, ok. 2-milionowym wezwaniem do zapłaty, jakie w sierpniu br. zostało przez Niżyńskiego wniesione (właśnie w związku z wytaczaniem powództwa będącego tłem niniejszego artykułu); oraz
  2. z "płomieniami" (Bolsius jako producent świec, zniczy i wkładów), a zatem: z paleniem, np. właśnie jakichś dokumentów prawnych, jako że papier to niewątpliwie materiał bardzo łatwopalny.

O ile wszakże skorumpowany zapewne – czy np. leżący plackiem przed papieżem (a nie przed prawami człowieka) – Strasburg jest to temat dobrze poświadczony i co najmniej współcześnie ta związana z niesprawiedliwym wyrokiem grupa przestępcza najwyraźniej chce się odwoływać do dziedzictwa związanego z Michaldą, jak to wyjaśnia blog Piotra Niżyńskiego, o tyle 2 dodatkowe tematy – pochodzące stąd, że obie firmy (Citibank i Bolsius) powstały w 1870 r. – wydają się już, jakkolwiek może nawet po części królową Saby i jej oficjalną przepowiednią inspirowane (bo trudno uznać tak okrągłą i trafiającą w przepowiednie datę jednego z najstarszych współcześnie renomowanych banków za zupełny przypadek), to w każdym razie dla osoby niewtajemniczonej niekoniecznie związane akurat z Niżyńskim (bo też ludzie nie mają podstaw, nie są na tyle oczytani np. w blogu czy nawet w niektórych naszych artykułach, jak np. tym o bankach w części pod nagłówkiem o Niżyńskim, by religijno-proroczą rolę tej postaci rozpoznać czy tym bardziej docenić, podobnie jak archaiczne wręcz korzenie jej koncepcji).

Ułatwia więc docenienie tej sprawy fakt, że reklama Bolsiusa (obecnie jest to plakat także z rokiem założenia tej firmy, wg tego wzoru, co w ogóle pozwoliło dostrzec ten temat, aczkolwiek Google Street View jeszcze tego nie odnotował) jest wywieszona na przycmentarnej działce w Legionowie, koło której Niżyński raz po raz przejeżdża w związku z tym, że mieści się tam w okolicy działka z kupionym 6 lat temu domem, przy czym jej lokalizacja akurat w powiecie legionowskim (miejscowości tak się mniej więcej nazywającej) i w otoczeniu miejscowości o takich akurat charakterystycznych nazwach (Wieliszew, Łajski, Skrzeszew) wygląda, zwłaszcza przy znajomości różnych dodatkowych detali, na niemal na pewno starodawny ("sybilliński") spisek, nawiązujący też do ataków tortury dźwiękowej i przekazu podprogowego (Legion jako ewangeliczna nazwa z opowieści o człowieku opętanym przez demona). Różne ciekawe, lecz może niewygodne dla papiestwa i polityków szczegóły w ilości rzędu ponad 20 – których relacjonowanie wykracza poza ramy tego artykułu (część z nich jest wymieniona na forum bloga Piotra Niżyńskiego, pod punktem o Białołęce, ale do listy trzeba by podobno doliczyć jeszcze z 8-10 kolejnych) – potwierdzają ciągle na nowo i po wielokroć (na zasadzie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i zdecydowanie nienaturalnych, a psychologicznie rzecz biorąc trafnych, odchyleń od normalnej statystyki), iż faktycznie od lat planowano, że to tutaj mniej więcej, w tych konkretnie podwarszawskich okolicach będzie działka Piotra Niżyńskiego, toteż podstawienie na trasie dojazdowej akurat takiej reklamy, zapewne od lat tam wiszącej na cmentarzu, wyraża po prostu prawdopodobnie pewien od dawna istniejący plan – bo przypadek w numerze roku wydaje tu się mało prawdopodobny.

Zważywszy na to, że porażki życiowe dotyczą głównie tematu majątkowego, pasuje to na plan właśnie na temat "spalenia"-podarcia pozwu wniesionego do sądu.

Ten plan właśnie się ziścił, co jest tematem tego artykułu.

Przy tym pewne dodatkowe fakty oprócz tych wymienionych na blogu Niżyńskiego (np. zakonspirowane od czasów protobiblijnych znaczenie i konstrukcja daty 25.10) potwierdzają, że wiązanie roku 1870 z osławionym pokrzywdzonym wszechczasów i potencjalnym "antychrystem" (i jego porażkami życiowymi) było z góry zamierzone.

Dodatkowo, nazwisko pracownicy biura podawczego, która przyjęła pozew dn. 5.08, czyli emerytki Koźbiał (patrz ilustracje nr 8-9, 40-41, 55, 68 ostatni e-mail, 82), brzmi jak celowo dobrane (to rząd pewnie zorganizował pracownika-emeryta, np. z pomocą administracji skarbowej) wg znanego kryterium "po nazwisku" (nomen omen, powszechne w "grupie watykańskiej"), gdyż przypomina ono słowa "ktoś biały". Jest pod tym względem wyjątkowe, bo bardzo wyraźnie odzwierciedla te 2 słowa: "ktoś biały". To zaś odsyła w szczególności (za pośrednictwem tematów z III tajemnicy fatimskiej) do postaci papieża ("człowiek w bieli", "mieliśmy wrażenie, że to jest Ojciec Święty") oraz poniekąd także do osoby Piotra Niżyńskiego, a to z uwagi na szczególnie jasną cerę (m. in. brwi w naturalnym kolorze białym).

Przydałoby się tylko, by teraz nie popadać ze skrajności w skrajność i nie traktować każdego kaprysu i każdego ataku rządowego czy nawet papieskiego na dosyć bezbronną osobę jak cudu świata z listy dziedzictwa UNESCO.

Ślady spisku w prasie

Dodatkowo, nazwisko "Koźbiał" można rozczytać także jako "Kościół biały" (przy czym biel symbolizowałaby tu zapewne jasność, niewątpliwe istnienie tematu), co w prostej linii kojarzy się z charakterystyczną wypowiedzią z serialu "Z archiwum X" (ang. The X files, gdzie files oznacza też m. in. akta w sądzie, zaś X to jak ikonka w systemie Windows symbolizująca opcję zlikwidowania okienka jakiegoś programu) – "strzeż się białego krzyża" (patrz opis fabuły). Zważywszy więc na ww. konotacje, tj. powiązanie tego z charakterystycznym windowsowym symbolem X służącym do niszczenia-ukrywania okna, a także z tematem akt, już samo nazwisko zatrudnionej na czas do sierpnia br. pracownicy (która więc zakończyła pracę po tym, jak Niżyńskiemu przepadł pozew prawdopodobnie u prezesa sądu) wskazuje na szykujący się przekręt. Co godne odnotowania, w ww. opisie fabuły ww. temat jest zestawiony ze sprawą jeziora Jordan, a tymczasem jak wyjaśniono na blogu Niżyńskiego to właśnie m. in. od depresji Jordanu ("spisku co do wykopania najgłębszego na świecie koryta rzeki", prawdopodobnie mniej więcej za czasów Salomona) pochodzi wybór jego nazwiska ("Piotr od spisku w sprawie chrztu", mianowicie chrztu Polski – postać Niżyńskiego można mianowicie zestawić z postacią charakterystycznie nazywającego się pierwszego chrześcijańskiego władcy Polski, a także – w kontekście prześladowań m. in. z wykorzystaniem tortury dźwiękowej – nawet jeszcze kilku kolejnych władców; nie ma tu miejsca na rozwijanie tego tematu, ale niemalże na pewno te konotacje były już wówczas świadomie stosowane).

W tym kontekście nie dziwi, że już drugi artykuł (symbol to może drugiego dna, a także "tematów drugiego sortu", czyli traktowanych zdecydowanie po macoszemu) w archiwum Gazety Wyborczej / Gazeta.pl z dnia 05-08-2021 (data złożenia pozwu) aluzyjnie jak gdyby nawiązuje do Polskiego Czerwonego Krzyża (PCK), gdyż zatytułowany jest "Malutki port w Pucku bardzo się zmieni" (opublikowany w ramach dodatku lokalnego w Gdańsku; pasuje na eufemizm w sprawie zniszczenia mienia), czyli innymi słowy – główne cechy artykułu, jak np. tytułowa nazwa własna / miejsce akcji / kluczowa osoba, trafiają w główne cechy nadchodzącego przestępstwa lub budzą z nimi (w jego kontekście) silne skojarzenia (tutaj za pośrednictwem ww. cech nazwiska Koźbiał, jako że narzuca się skojarzenie go z tematem "strzeż się białego krzyża", co idealnie pasuje do Polskiego Czerwonego Krzyża). Takie nawiązywanie po cichu i na marginesie od właściwej treści, czyli gra na skojarzeniach, to standardowa praktyka dziennikarska stosowana dosyć powszechnie przy świadomym przemilczaniu zgłoszonych mediom ukradkowo (przez telewizyjną centralę krycia tematów) planów co do przestępstw politycznych, przypominająca też nieco temat serialu "Zdarzyło się jutro" o człowieku z jutrzejszymi gazetami, przy czym każdorazowo autor artykułu może rzecz jasna twierdzić czy też udawać, że zbieżność ma charakter zupełnie przypadkowy. Przekonanie o spisku ugruntowuje się dopiero za sprawą konsekwentnie, wielokrotnie powtarzających się odchyleń od codziennej statystyki, typowo zaś nie na podstawie jednego jedynego zbiegu okoliczności.

W owym gdańskim dodatku o kilka miejsc dalej (mianowicie 4, jak przykazanie "czcij ojca swego i matkę swoją") można też znaleźć nagłówek o... wycince drzew. "Wycinka drzew będzie trudniejsza", co ma zapewne sygnalizować, że nie przypadkowa pracownica na najniższym szczeblu, lecz najprawdopodobniej sam prezes sądu był nie tylko źródłem (czego łatwo się domyślić – bo najprostsze i typowo słuszne wytłumaczenie takiej sprawy to prześladowanie polityczne), ale też wykonawcą przestępstwa. Dodatkowo, kojarzący się z ekologią temat artykułu (patrz np. pierwsze zdanie: "Władze Gdańska przedstawiły koncepcję Nowej Zielonej Polityki") trafia w temat Banku Ochrony Środowiska i jego domu maklerskiego, który tutaj miał być pozwany. Na końcu zaś pierwszej strony archiwum odnajdujemy artykuł z nazwiskiem na K. w tytule, jak gdyby dopasowany do naszego tytułu artykułu: "PiS wyrzuca Kornecką" – i faktycznie, jako że kontrakt pani Koźbiał zakończył się najwyraźniej w sierpniu br., ktoś mógłby pochopnie sobie wyobrażać, że przez ten incydent została ona wyrzucona. Z kolei w archiwum z dn. 4.08 br. znajdujemy, w drugiej połowie trzeciej strony (na poziomie jej mniej więcej dwóch trzecich), artykuł "Tylko trzy dni na złożenie wniosku, a system padł" – gdy tymczasem już choćby temat 3 dni, abstrahując też od ogólnego tematu pośpiechu, trafia w sprawę pozwu Niżyńskiego, jako że data jego złożenia 5.08 równa jest dacie wniesienia wezwania przedsądowego powiększonej o 3 dni (czyli już 3 dni po wezwaniu zgłoszono sprawę do sądu). Pierwsza zaś strona archiwum akurat z tego dnia kończy się nagłówkiem "Żenujący pomysł rządzących" (2 pozycje dalej jest zaś artykuł o "zablokowaniu" Kaczyńskiego).

Dla porównania, na stronie internetowej Gazety Polskiej w nocy po złożeniu pozwu (6.08.2021 ok. 4:00 nad ranem) był dosyć spory nagłówek na całą szerokość głoszący "Jak świętować to tylko w Sukiennicach! Wspaniała gala Białego Kruka na jego ćwierćwiecze z udziałem [...] [lista znakomitości]", jak nam to może zaprezentować słynny serwis Internet Archive: http://web.archive.org/web/20210807192610/https://www.gazetapolska.pl/.
(Ang. słowo "crook", wymawiane "kruk", oznacza "oszust".)

Również i Vatican News miał w dacie 5.08 charakterystyczne artykuły, np. w dziale Papież jedyny z daty wniesienia pozwu miał tytuł... "Papież zachęca katolików Brazylii do zaangażowania w media" (gdy tymczasem Brazylia kojarzy się przecież z wybitnymi talentami w dziedzinie piłki nożnej, a więc w każdym razie jakichś tam rozgrywek – ogólne skojarzenie pasuje do sądownictwa, razi tutaj tylko abstrahowanie od dramatów ludzkich i etosu sprawiedliwości i praw człowieka – zaś "zaangażowanie w media", przy czym artykuł wyjaśnia, że chodzi o tworzenie mediów, to w tym kontekście zapewne np. coś takiego, jak dofinansowywanie xp.pl sp. z o. o.) – brzmiał zatem w tym kontekście jak ironizowanie z mającego rzekomo nadejść "wygrania" tego pozwu przez panamskiego właściciela xp.pl sp. z o. o. Artykuł kończy się (równie na ironizowanie pasującymi) słowami, że "organizatorami spotkania" była m. in. "katolicka sieć radia". Kolejnego zaś dnia, 6.08 br., nagłówek artykułu z działu Papież był o "zniszczeniach" pochodzących od fundamentalistów islamskich (skojarzenie: data 25.9 jako swego rodzaju sybilliński symbol islamu, a w każdym razie w islamie wykorzystany – obok tego, że przede wszystkim jest to zaplanowana politycznie a wyegzekwowana na nieświadomych niczego rodzicach metodami podsłuchowo-manipulacyjnymi data urodzin Piotra Niżyńskiego), zaś padające tam słowo "Niniwy" (w kontekście też "równiny", co budzi skojarzenia ze zrównaniem czegoś z ziemią) można rozpisać jako Ni[żyński]-Ni[żyński]-Wy[szyński]", a zatem jako dwie porażki ("Niżyński nisko, na nizinach, poniżony"), po czym zwycięstwo ("Niżyński wywyższony"): gdyż istotnie po dziś dzień żadna z 2 prób wniesienia pozwu, tj. z 5.08 ani z 10.09, nie udała się, natomiast udało się wniesienie pozwu z kompletnym tekstem, podpisanego i w 2 egzemplarzach (jakkolwiek np. bez załączników), jakie miało miejsce w październiku. Kolejną trafiającą w temat radykalizmu sądowego (sąd jako jeden z najgorszych ośrodków prześladowania jednostki w sprawie Niżyńskiego, tutaj zaś zestawiany z niem. słowem Liebe – "miłość") informacją prasową był artykuł Vatican News w dziale Papież z przedednia złożenia pozwu: "Papieski apel w sprawie Libanu: dość słów, potrzeba konkretnych gestów". Tuż za jego nagłówkiem tekst zaczyna się następującymi słowami: "O wstrząsającej tragedii sprzed roku Papież mówił na zakończenie audiencji ogólnej w Watykanie" (w rzeczywistości zaś chodzić by tu mogło też o "tragedię" o 1 dzień później następującą, a nie 1 rok wcześniej). Drugi jeszcze artykuł z tego przedednia kończył się takimi oto słowami papieża: "I to daje nam życie".

Kilka zdań wcześniej czytamy tam zaś słowa Franciszka powtarzające raz za razem słowa w rodzaju "dobra nowina", "założyciel, założycielka" (to może o koniecznych podpisach na piśmie, by było dokumentem! wg nauk Franciszka... broń Boże nie sama tylko "założycielka"), o tym, co "owszem może pomóc na początku, ale na końcu nie przynosi owoców głęboko zakorzenionych" itd.

Dzień po dacie 5.08 artykuł Vatican News w dziale Watykan był o Australii (skojarzenie odpowiednie dla religii: ateizm, a zatem to, co od religii stroni – ścisłe prawo i sądownictwo zatem też pasują tutaj dosyć dobrze) i głosił "Kościół wdraża cele [encykliki] Laudato si" (gdzie Laudato si oznacza "pochwalony bądź!" i jest zapewne szyderstwem z losu pozwu). Z drugiej zaś strony w przeddzień złożenia pozwu artykuł w dziale Watykan głosił "Stolica Apostolska apeluje o pomoc gospodarczą dla Libanu", skoro zaś, jak pamiętamy, Liban mógłby ironicznie reprezentować sądownictwo ("kochają go tam" [tj. Niżyńskiego], niem. Liebe, czyt. "libe"), to pasuje to jak ulał na aluzję do nielegalnych korupcyjnych wpływów rządu w sądach.

Kolejne wreszcie poszlaki można też znaleźć na stronach Katolickiej Agencji Informacyjnej (www.ekai.pl/informacje), obecnie jest to np. strona nr 230. 5 sierpnia br., jeszcze przed złożeniem pisma, opublikowano pod rząd 2 artykuły, z których pierwszy jest o relacjach między jakimiś dwoma instytucjami (przy czym jedna z nich reprezentuje władze państwowe), naznaczone są "destrukcyjną rozgrywką" (widzimy tu więc, znowu, jak powyżej w Vatican News, "porównania" sportowe), czyli jakimś niszczycielstwem, patrz link do tego tekstu, zaś drugi z artykułów (14 minut po tamtym opublikowany) nawiązuje jak gdyby do możliwości przeglądania akt (czy też jakichś archiwów, bo ang. słowo files może być przetłumaczone jak już wspomnieliśmy zarówno jako akta, jak i archiwa) i dyskryminowania kogoś na punkcie tej możliwości: "Wzrosła liczba młodych zwiedzających Muzea Watykańskie". Sytuację tę utrwaliliśmy na web.archive.org i można ją oglądać na dedykowanej stronie kopii z 6.11.2021 pod adresem https://web.archive.org/web/20211106134424/https://www.ekai.pl/informacje/page/230/. O ile Kościół nie zacznie zwalczać tej (i innych) kopii w amerykańskiej instytucji Internet Archive, będzie ją można jeszcze przez wiele wiele lat oglądać w sieci pod tym adresem. Kolejny jeszcze artykuł, o 2,5 godz. późniejszy, nawiązywał do prostactwa czy też prymitywnych metod: "Ks. Studnicki: w stanowisku Państwowej Komisji ds. Pedofilii sporo uproszczeń". Kilka nagłówków dalej – temat o jakiejś "międzynarodowej konwencji", co oczywiście w tym kontekście jawić się musi jako nader trafne i trafiające w temat Europejskiej Konwencji Praw Człowieka oraz najpowszechniejszego rodzaju naruszeń, czyli naruszenia prawa do sądu (art. 6 Konwencji). W tytule było jeszcze, oprócz ww. konwencji, coś o Krzysztofie Kolumbie, co budzi skojarzenia z "odkrywaniem sprawy" i z przydzielaniem nowo odkrytego lądu kolonistom (tu pasowałoby: sędziom). Dodatkowo, dzień przed złożeniem pozwu Katolicka Agencja Informacyjna opublikowała artykuł pasujący na nawiązanie (poprzez grę na skojarzeniach) zarówno do Niżyńskiego (z uwagi na rosyjskie przysłówki o przeciwnych znaczeniach: wysze i niże), jak i do "ewidencji pozwów" (komputerowej bazy danych): "»Najprzewielebniejsza Ewidencjo« – o poczuciu humoru kard. Wyszyńskiego". Charakterystyczne, że tak trafny artykuł (podobnie, jak i w innych mediach, ale tutaj to już trafność maksymalna) został opublikowany akurat w takiej dacie. Kilka artykułów później (czyli wyżej na liście) – o "aresztowaniu katolickiego personelu" pewnego szpitala. Z drugiej zaś strony artykuł bezpośrednio poprzedzający nastanie daty 4.08 (czyli daty przedednia wniesienia pozwu, a więc przedednia przestępstwa politycznego, kiedy to zwyczajowo mass media publikują pewne poszlaki ukryte steganograficznie w nagłówkach i tematach artykułów) był o... Sądzie Najwyższym w pewnym kraju monarchistycznym (03.08.2021 23:04, patrz link do tego tekstu).

Pewne ślady widać też w kopii strony TVN24.pl z 5.08 br. (patrz odnośnik): dramat Lewandowskiego (skojarzenia: lewicowiec, wróg papizmu), potrzebne "trzecie podejście", "ksiądz skazany za włamywanie się", ponadto nagłówek o tym, czy "pewne głupstwa" w ogóle są do poczytania [w sądzie, czy też nawet nie ma po nich śladu – tak można by ten temat uzupełnić], ponadto nagłówek z nazwiskiem kojarzącym się z karczunkiem i "tym, od czego się zaczyna"... zaś kilka nagłówków niżej: o "mechanizmach korupcjogennych" w Funduszu Sprawiedliwości powiązanym z Ministerstwem Sprawiedliwości. Tuż za tym artykułem – temat grabarza z Modlina (co można by nieprzychylnie dla Niżyńskiego rozczytać jako "antychryst z Sybilli" czy nawet z wersetów Biblii). Nieco dalej też nagłówek o jakiejś walce, której nie można przegrać, itd.

(n/n, zmieniony: 12 lis 2021 12:23)

×

Dodawanie komentarza

TytułOdp. na:
Treść:
Podpis:
KOMENTARZE (0)Skomentuj
Brak komentarzy do tego artykułu. Możesz napisać pierwszy.
Nowi użytkownicy dzisiaj: 0.© 2018-2020 xp.pl sp. z o. o. i partnerzy. Publikowane materiały wyrażają opinie ich autorów.RSS  |  Reklama  |  O nas  |  Zgłoś skandal