1. Z przyczyn politycznych musimy Cię tutaj poinformować o tym, że portal xp.pl wykorzystuje tzw. cookies, czyli technologię zapamiętywania w Twojej przeglądarce (w celu późniejszego prezentowania naszym serwerom przy okazji pobierania treści) drobnych danych konfiguracyjnych uznanych za potrzebne przez administratorów portalu. Przykładowo, dzięki cookies wiadomo, że nie jesteś zupełnie nowym użytkownikiem, lecz na stronach portalu byłeś/aś już wcześniej, co ma wpływ na zbieranie informacji statystycznych o nowych odbiorcach treści. Podobnie, jeżeli masz konto użytkownika portalu xp.pl, dzięki cookies będziemy pamiętać o tym, że jesteś na nim zalogowany.
  2. Ww. technologia cookies jest stosowana przez portal xp.pl i nie stwarza zagrożenia dla bezpieczeństwa Twojego komputera. Jeśli ją akceptujesz, kliknij przycisk "Akceptuję cookies". Spowoduje to zapisanie w Twojej przeglądarce danych cookies świadczących o tej zgodzie, dzięki czemu niniejsze ostrzeżenie nie będzie już więcej prezentowane. Jeśli nie zgadzasz się na stosowanie cookies, zmień konfigurację swej przeglądarki internetowej.
  3. WAŻNE  Rozważ ponadto zarejestrowanie konta na portalu xp.pl. Nasz portal ma potężnych wrogów: kryminalna "grupa watykańska" lub, jak kto woli, grupa skarbowa obejmuje naszym zdaniem swym zasięgiem nie tylko wszystko, co państwowe, w tym np. rejestr domen .pl czy sądy, z których mogą płynąć rozliczne zagrożenia, ale także mnóstwo prywatnych przedsiębiorstw czy nawet prawie wszystkie prywatne przedsiębiorstwa: w tym także zapewne operatorów telekomunikacyjnych(!) oraz firmy z literami XP w nazwie, a nawet odpowiednie sądy polubowne stworzone dla oficjalnego i szybkiego "rozstrzygania" tego typu sporów o domeny. Wszystko jest pod kontrolą jednej władzy, zaś partie dodatkowo wprowadzają jeszcze coraz to nowe podstawy ustawowe do cenzurowania Internetu, do ukrywania treści, które w nim są, przed Polakami – więc bez kontaktu z administracją portalu xp.pl poprzez inny kanał, np. pocztę e-mail, pewnego dnia możesz stracić do niego dostęp! Dlatego zarejestruj się i na zawsze zabezpiecz się w ten sposób przed takim niebezpieczeństwem.
    Nie dopuśćmy, by w naszym kraju funkcjonował polityczny system zamknięty, nie poddany demokratycznej kontroli.Akceptuję cookies
    Rejestrując się zapewnisz sobie też ładną krótką nazwę użytkownika, z której w przyszłości będziesz dumny/a i która będzie poświadczać, że byłeś/aś z nami od początku.
E-MAILIRCTARGSTARTOWA
WIADOMOŚCIPOLSKAŚWIATKOMENTARZETECHNOLOGIA I NAUKAGOSPODARKAKULTURA

Kolejna krzywdząca odmowa śledztwa na tle podsłuchowym

6 sie 2020 19:29

Kolejna krzywdząca odmowa śledztwa powiązana ze skandalem "podsłuchu w telewizji" przeciwko Piotrowi Niżyńskiemu. 17.12.2019 r. jeden z najmłodszych pracowników Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów (nie pracujący jeszcze na stanowisku prokuratora) odmówił wszczęcia dochodzenia w sprawie uporczywego nękania Niżyńskiego przez kontrolerów biletów na tle podsłuchowym. Analiza treści postanowienia z uzasadnieniem ujawnia, że jest ono niezgodne z przepisami prawa w ich powszechnie przyjętej wykładni.

Zdjęcie 1 z 5

Ww. sprawa o sygnaturze PR 2 Ds. 2150.2019 została pozostawiona bez żadnego śledztwa, zamknięta na podstawie samego tylko nadesłanego zawiadomienia, "z powodu braku dostatecznie uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa" (tj. jakoby w realizacji art. 17 §1 pkt 1 k.p.k.). Niżyński zgłosił, że ilekroć kończyła mu się ważność biletu terminowego, zwykle np. 1- czy 3-miesięcznego, zaraz natychmiast np. od tego czy następnego dnia zaczynali go masowo nachodzić kontrolerzy biletów: w pociągach, autobusach czy tramwajach, w ilości nawet 2-3 dziennie, a co najmniej raz na 2-3 dni. Sytuacja miała się powtarzać kilkakrotnie, tak, iż powstała wyraźna podstawa do przyjęcia, że jest to regułą, iż kontroli praktycznie nie ma w czasie, gdy Niżyński jeździ z ważnym biletem, a gdy bilet ten traci, kontrole zaczynają być nagminne. Na blogu www.bandycituska.com Niżyński (nota bene prezes xp.pl sp. z o. o.) przedstawiany jest – w oparciu zresztą o wyraźne dowody, np. taśmy z prokuratury czy z firm prywatnych – jako wieloletnia ofiara trwającej poniekąd całe życie, a obecnie od lat bardzo zaostrzonej i sprowadzonej do poziomu torturowania człowieka, państwowej nielegalnej nagonki podsłuchowej: tzn. stalkingu, podsłuchiwania przez osoby nieuprawnione oraz obserwacji (i to podsłuchu i obserwacji bez względu na miejsce, w którym jego ofiara się znajduje – ta możliwość to "zasługa" zglobalizowanego systemu radarów radiolokacyjnych ze specjalnie znajdującą tu zastosowanie funkcją wyodrębniania i transformowania współrzędnej identyfikacyjnej odbicia: "przesunięcie dopplerowskie" do postaci ciągu próbek dźwiękowych; szczegóły omówiono na blogu Niżyńskiego pod adresem www.bandycituska.com/jak.html).

Pani asesor moim zdaniem sama jest albo zamieszana w przestępczość podsłuchową uprawianą w jej prokuraturze, albo po prostu podjęła się zamknięcia sprawy z powodu oferty łapówkowej przysłanej przez telewizję SMS-em. I to z tej racji, z jednego z tych 2 powodów, a może obu, z przyjemnością zamknęła sprawę bez żadnych czynności weryfikacyjnych, natomiast z uczciwością nie ma to nic wspólnego – komentuje Niżyński. – Inaczej chyba się tego nie wyjaśni, bo nawet studenci zainteresowani prawem, a tym bardziej ci, którzy je studiują i muszą zdać egzamin z prawa karnego, zauważyliby z łatwością, że tak się nie robi. O takich przypadkach mowa na moim blogu, mam tam odpowiednie wyznanie od sekretarki; motyw przestępczości podsłuchowej jest podobno ekonomiczny, czyli obstawiałbym nielegalne zagarnianie podatku dochodowego – dodaje.

Naruszenie fundamentalnych przepisów przyświecających całej procedurze karnej, czyli skąd pochodzi niezgodność zaprezentowanego dokumentu prokuratury z prawem

Jak wynika z art. 2 k.p.k. (tj. Kodeksu postępowania karnego), ilekroć zachodzi przypadek, że przy założeniu prawdziwości obiektywnych faktów (zdarzeń i sytuacji), o których donosi zawiadamiający jako ich jakoby świadek, prawdopodobne jest zajście przestępstwa (co zresztą sam zawiadamiający przewiduje), prokuratura nie ma prawa odmówić wszczęcia postępowania przygotowawczego (tj. dochodzenia lub śledztwa). Wynika to w szczególności z art. 303 k.p.k. wyłożonego z uwzględnieniem art. 2 §1 pkt 1 k.p.k. ("tak stosować prawo, by przestępca został pociągnięty do odpowiedzialności karnej") i art. 238 k.k. (karalność fałszywego zawiadomienia), a także art. 2 §2 k.p.k. (tzw. zasada prawdy materialnej). Ujmując ten temat skrótowo i kolokwialnie, przepis ten ustanawia swoisty "zew krwi" doprecyzowujący, jak należy stosować pozostałe przepisy postępowania, w tym np. ten o wszczynaniu śledztwa (art. 303 k.p.k.), skoro łatwo sobie wyobrazić różne możliwe interpretacje i podejścia.

Obiektywnie wedle zawiadamiającego stwierdzane fakty zawarte w zawiadomieniu, przed poddaniem ich przezeń ewentualnej interpretacji prawnej oraz interpretacji w perspektywie domysłów zawiadamiającego – a zatem nie jedynie jakieś przypuszczenia, lecz to, co zgłaszający się świadek twierdzi, że miało miejsce, czyli jego relacje z faktów, z którymi się zetknął (np. widział, słyszał) – są albo prawdziwe, albo fałszywe:

  • Jeśli są prawdziwe (a przy tym, jak tutaj w założeniu przyjęto na początku akapitu, z faktów tych wynika stosunkowo prawdopodobne lub nawet jedyne dopuszczalne wyjaśnienie tej sytuacji: że zaszło przestępstwo), to należy starać się o to, by przestępca dostąpił odpowiedzialności karnej albo chociaż by stworzono do tego warunki, w tym w szczególności zabezpieczono dowody (jest to wniosek z art. 2 §1 pkt 1 k.p.k.).
  • Jeśli natomiast te dane są fałszywe (organy ścigania takiej wiedzy pewnej w chwili otrzymania zawiadomienia jeszcze nie mają), to zawiadamiającemu grozi odpowiedzialność karna za fałszywe zawiadomienie (art. 238 k.k.), oskarżenie (art. 234 k.k.) lub zeznanie (art. 233 k.k.) i należy sprawdzić, czy nie byłoby możliwe udowodnienie mu tej winy (to również wniosek z tego samego {{url)}}.

Odmienne podejście, czyli pominięcie zbierania dowodów na rzecz którejkolwiek z tych wersji (a zamiast tego jedynie zadowolenie się dowolnie przyjętą tu teorią, że "brak jest dostatecznie uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa"), uniemożliwia rzetelne ściganie przestępczości, czyli jest na bakier z art. 2 k.p.k. Wstępnie przy tym należy domniemywać, że fałszywego zawiadomienia, oskarżenia ani zeznania nie ma (art. 42 ust. 3 Konstytucji RP), bez względu na ewentualne podejrzenia w tym zakresie, a to z uwagi na to, że zawiadamiający na piśmie zwykle będzie gotów zeznać swoje tezy, pochopne odrzucanie ich z powodu domniemanej fałszywości szkodziłoby zaś skuteczności ścigania przestępstw, o której właśnie mowa w art. 2. Nie jest też argumentem to, że relacjonowane zdarzenia brzmią nieprawdopodobnie, bo przestępstwo w ogóle jest czymś bardzo rzadkim, zupełnym wyjątkiem od reguły, a zatem sprawą bardzo nieprawdopodobną, tym niemniej prokuratura jest właśnie od takich spraw i to te mają do niej trafiać. Prokuratura (np. jakaś prokuratura rejonowa) nie jest ponadto powołana do tego, by mieć zawsze aktualne statystyki w dziedzinie tego, co jest na ile prawdopodobne i czy z dwóch możliwych opcji prawdopodobniejsze jest to, że po prostu zgłosiła się osoba dotknięta danym rzadkim przypadkiem, wyjątkiem od reguły, czy też prawdopodobniejsze jest, że zawiadomiono fałszywie i, w takim razie, ile razy prawdopodobniejsze i czy w stopniu miażdżącym. (W szczególności, prokuratura nie jest wszechwiedząca i dlatego np. nie może ręczyć za stan kraju i różnych instytucji przyjmowanych za autorytety czy instytucje zaufania publicznego. W państwie demokratycznym nikt nie jest świętą krową poza możliwością skutecznej krytyki.)

Krótko mówiąc, tak czy inaczej – i bez względu na odstawanie tego, co jest przedmiotem zawiadomienia, od codziennych standardów – należy dokonać jakichś ustaleń faktycznych (do tego zaś właśnie służy śledztwo lub dochodzenie; a zatem: należy nie ograniczać się tylko do sfery oceny tego, na ile "uzasadnione" jest zawiadomienie z punktu widzenia "podejrzenia" popełnienia przestępstwa), należy postarać się o jednoznaczne ustalenia faktyczne: "było tak" lub "nie było tak", by na tej podstawie można było pociągnąć do odpowiedzialności albo za przestępstwo, które uprawdopodobniono faktami zrelacjonowanymi w zawiadomieniu, albo za fałszywe zawiadomienie.

Polska profesura wywodzi tę potrzebę dokonania ustaleń faktycznych także z tzw. zasady prawdy materialnej (art. 2 §2 k.p.k.), objaśniając ją następującymi publikowanymi w Internecie słowami:

"Zasada prawdy materialnej obowiązuje wszystkie organy współuczestniczące w wymiarze sprawiedliwości. Organy procesowe [tj. organy prowadzące postępowanie: organy ścigania lub sąd – przyp. red] są zobowiązane do podjęcia maksymalnych starań i wyczerpania wszystkich środkówz wyłączeniem tylko takich, które byłyby sprzeczne z zasadą humanitaryzmu i gwarancjami procesowymiw celu dotarcia do tej prawdy. Działania te powinny być podejmowane niezależnie od zachowania i stanowiska stron."

(prof. M. Klejnowska, prof. C. Kłak – sędzia Trybunału Stanu, prof. Z. Sobolewski, prof. P. K. Sowiński: Proces karny. Część ogólna, 2. wydanie, wydawnictwo LEX, Warszawa 2012, s. 43, https://books.google.pl/books?id=pHFSAwAAQBAJ&pg=PA43#v=onepage&q&f=false). Tamże też autor tego cytatu jedynie w kategoriach porażki wymiaru sprawiedliwości wspomina o sytuacjach, gdy mimo najlepszych starań poczynionych w tym kierunku nie udaje się poczynić jednoznacznych ustaleń faktycznych: "było tak" lub "nie było tak".

Ten sam obowiązek można też wywieść (po trzecie) z prawa karnego materialnego, mianowicie: ponieważ zgodnie z art. 83 Konstytucji i osobno też w oparciu o zdrowy rozsądek "każdy ma w świetle prawa obowiązek nie popełniać czynów bezprawnych, a więc nie dopuścić do popełnienia przez siebie czynu bezprawnego", zaś czynem bezprawnym jest w szczególności czyn zabroniony zdefiniowany w którymś z "paragrafów" ustawy karnej, to na podstawie art. 239 §1 k.k. prokuratura musi starać się, by dopuścić do tego, by z powodu jej działań doszło do udaremnienia postępowania karnego (tj. pozbawienia go skutku określonego w art. 2 §1 pkt 1 k.p.k. polegającego na pociągnięciu przestępcy do odpowiedzialności karnej). Jest to jej obowiązek prawny. Nie ma to zresztą nic wspólnego z kwestią tego, czy naruszając go istotnie popełnia przestępstwo z art. 239 §1 k.k. By faktycznie popełnione zostało przestępstwo, prokurator lub inna orzekająca w jego roli osoba musi mieć jeszcze zamiar jego popełnienia, tj. chcieć tego albo przewidując możliwość takiego skutku, jak udaremnienie (uczynienie bezowocnym) postępowania karnego, które inaczej byłoby owocne, na jego zajście się godzić (czyli mieć wolę, która tej sytuacji – w warunkach wiedzy, że na pewno nastąpi – w żaden sposób nie byłaby skłonna unikać: tj. która nie ucieka od takiego skutku mimo dostępnych w takiej danej hipotetycznej sytuacji rozsądnych możliwości). Natomiast niezależnie od tych dodatkowych utrudnień na drodze do wysunięcia zarzutu, że prokurator lub asesor prokuratury popełnił przestępstwo poplecznictwa, prokuratura ma obowiązek nie dopuścić do naruszenia przepisów prawa karnego materialnego takich, jak art. 239 k.k., czyli nie dopuścić do udaremnienia postępowania karnego pomagającego sprawcy przestępstwa uniknąć odpowiedzialności karnej (gdyż jest to niewątpliwie czyn przez prawo zabroniony, co zresztą ma odpowiednie umocowanie konstytucyjne, musi je mieć, skoro taki zakaz w prawie karnym istnieje; można to np. wywodzić z zagwarantowanej w Konstytucji ochrony bezpieczeństwa i porządku publicznego, a także praw osób pokrzywdzonych; a zatem fakt naruszenia prawa i działania wbrew prawu jest w takich przypadkach nawet niezależny od istnienia zamiaru i, co za tym idzie, popełnienia jakiegoś przestępstwa przez dane "pomagające przestępcom" działanie organów ścigania).

Naruszenia art. 2 Kodeksu postępowania karnego są bardzo prawdopodobne w moich sprawach, bo rząd chce za wszelką cenę uniknąć śledztwa w Telewizji Polskiej i innych zamieszanych zapewne w podsłuch instytucji państwowych. Czyli właśnie o to chodzi, by nie było "dotarcia do tej prawdy", o którym piszą profesorowie jako o obowiązku organów procesowych – komentuje tę sprawę Niżyński.

W świetle powyższych reguł stosowania prawa analiza postawy prokuratury (którą tu przedstawiamy pod osobnym nagłówkiem) prowadzi do wniosku, że jest ona niejasna co do współnaruszonych z art. 303 k.p.k. przepisów – kwestia ta została zakamuflowana, ponieważ prokuratura nie demonstruje czytelnikowi, w które kwestie z zawiadomienia rzekomo wierzy, a w które rzekomo nie, pozostawia to poniekąd domysłowi – ale najprawdopodobniej naruszony jest tu omówiony wyżej art. 2 (którego to naruszenia wprawdzie nie można zarzucić jako jedynego, lecz zawsze tylko w wykładni łącznej, tj. tutaj art. 303 k.p.k. w zw. z art. 2 k.p.k.), mimo celowego stwarzania pozoru, że chodzi tu jakoby o art. 7 k.p.k. nakazujący stosować, kolejno od najważniejszego do najmniej ważnego, zasady prawidłowego rozumowania, wskazania wiedzy (w tym wiedzy naukowej, nie posiadanej przez organ procesowy) i wskazania doświadczenia życiowego. Prokurator "zabezpiecza się" przed zarzutem naruszenia art. 7 k.p.k., stosując odpowiednie pojęcia wskazujące na niezgodę z takim zarzutem ("zasady doświadczenia życiowego", jak gdyby ironicznie zastępując dwoma końcowymi słowami co innego, gdyż ustawa mówi o "zasadach prawidłowego rozumowania"), tym niemniej chyba nie w tym głównym problem, a poza tym tak czy inaczej "prawidłowe" w sensie art. 7 k.p.k. rozumowanie musi być też prawidłowe od strony prawnej, czyli ocena dowodów (w tym przypadku "dowodu" z kartki z zawiadomieniem) nie powinna urągać różnym fundamentalnym zasadom z Kodeksu postępowania karnego. Inaczej po prostu nie sposób go nazwać prawidłowym we właściwym tego słowa rozumieniu (tak, jak to powinno być interpretowane w Kodeksie postępowania karnego, by było to zgodne z fundamentalnymi przepisami).

Oczywiście koniec końców zastosowanym przez prokuraturę paragrafem jest tu przesłanka "brak dostatecznie uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa", czyli (zważywszy na to, że ono istniało) naruszono statuowany w art. 303 k.p.k. nakaz wszczęcia postępowania, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, rozumiane rzecz jasna w sposób kompatybilny z innymi przepisami równolegle także wiążącymi prokuraturę. Błędem ustaleń faktycznych jest zatem przyjęcie braku uzasadnionego podejrzenia, który to błąd wynika z błędnego pojmowania tego "uzasadnionego podejrzenia", co można też dodatkowo zaprezentować jako niezastosowanie przepisu należycie pojętego (gdyż nie dokonano tutaj explicite wykładni błędnej). Po prostu najprawdopodobniej pominięto przy interpretowaniu art. 303 k.p.k. i art. 17 §1 pkt 1 k.p.k., czyli przy wykładni kwestii "uzasadnionego podejrzenia", wnioski dla tej dziedziny prawa procesowego wypływające z art. 2 k.p.k. – zamiast tego więc mówiono niejako o "ludowym", nienaukowym pojmowaniu uzasadnionego podejrzenia, bo takim, które pomija konsekwencje ww. przepisu – choć ewentualnie można by też sprawę tłumaczyć także dodatkowo jeszcze naruszeniem art. 7 k.p.k. (jeśli mimo przyjęcia za fakty tego, co wedle zgłoszenia Niżyńskiego było widziane, prokuratura odrzuca teorię o popełnianiu przestępstwa przez konkretne osoby). Jest to zatem przy okazji przykład tego, jak żenująco niski jest poziom kultury prawnej prokuratur rejonowych, skoro ich zdawkowe uzasadnienia nie pozwalają nawet na wyłuskanie konkretnej zaprezentowanej ścieżki rozumowania oraz, przy tej okazji, na stwierdzenie z całą pewnością, w którym momencie tego rzekomo przeprowadzonego rozumowania (i na jakim etapie) powstało naruszenie prawa. Tak niski, wręcz "rynsztokowy" poziom kultury prawnej zdaje się w najwyższym stopniu uzasadniać tezę, że sprawa ma charakter polityczny i że dla prokuratorów pisanie tego typu śmieciowych uzasadnień jest normalnym zadaniem na porządku dziennym wykonywanym, co do którego istnieją określone aroganckie rutynowo stosowane metody tłumaczenia się.

Zauważmy, że nie tylko wspomniany art. 2 nakazuje wyczerpać rozsądne możliwości pociągnięcia kogoś do odpowiedzialności w związku z zawiadomieniem złożonym przez świadka, jeśli z tego, co on widział, słyszał itp. wynika co najmniej prawdopodobieństwo, że doszło do przestępstwa. To samo jest też konsekwencją przepisów wyższej rangi, tj. Konstytucji (art. 2 i art. 5 w zw. z np. art. 47) oraz prawa międzynarodowego w dziedzinie praw człowieka. W szczególności, Polska (polska prokuratura) przegrała bardzo dużo spraw w Europejskim Trybunale Praw Człowieka za brak efektywnego śledztwa – twierdzi się bowiem, że fundamentalne prawa i wolności (a to na ich straży stoi większość zakazów prawa karnego) muszą być przez państwo aktywnie zapewniane, co wynika z zapisów prawa międzynarodowego (i analogicznie też Konstytucji). Listę tych spraw można znaleźć w Internecie pod adresem https://pk.gov.pl/dzialalnosc/europejski-trybunal-praw-czlowieka/orzecznictwo-etpcz/orzecznictwo-europejskiego-trybunalu-praw-czlowieka/. Jednakże w przypadku Niżyńskiego ww. Trybunał zawsze jak dotąd orzekał niesprawiedliwie i na rękę przestępcom, w tym także "przestępcom w togach" – prawdopodobnie z powodu własnych wewnętrznych nieprawidłowości (związanych z decyzjami personalnymi poszczególnych rządów europejskich, które to rząd wysyłają swych przedstawicieli do tego Trybunału jako sędziów praw człowieka). Informowaliśmy o tym już wcześniej w artykule "Europejski Trybunał Praw Człowieka inwigiluje Piotra Niżyńskiego, oto poszlaki".

Zdarzenia i sytuacje faktyczne zrelacjonowane w zawiadomieniu Niżyńskiego

Zawiadomienie Piotra Niżyńskiego z 3.12.2019 r. stwierdzało następujące fakty, których zawiadamiający jest świadkiem (po wstępnej tezie-podejrzeniu co do konkretnego sprawcy i konkretnego podżegania do celowego stalkingu):

[...] mam kontrole nawet po kilka razy dziennie. Codziennie jakiś kontroler się przyczepia, zdarza się to nawet wtedy, gdy np. jadę o 4-ej nad ranem autobusem nocnym [z kontekstu i doboru słów wynika tu, że to dla zawiadamiającego bardzo rzadki przypadek, a i tak się wtedy to zdarzyło – przyp. red.]. Ostatnio raz się coś takiego zdarzyło, że takim kursem jechałem, i oczywiście musiała być kontrola. [Dalej pada sugestia zawiadamiającego, że we wszystkich równolegle wtedy jeżdżących autobusach, tym konkretnym razem, zapewne jej bynajmniej nie było.] Zjawisko to pojawia się i zaraz bardzo narasta właśnie wtedy, gdy kończy mi się bilet miesięczny. [Natomiast] W czasie, gdy mam bilet (tj. wystarcza mi na to pieniędzy), nie odnotowuję praktycznie żadnych kontroliani w tramwajach, ani w autobusach czy metrze (lub prawie żadnych, np. jedną na 14 dni), ani w SKM lub pociągach Kolei Mazowieckich.

Ze stylistyki tej relacji wynika, że co najmniej kilkakrotnie dochodziło do ww. sytuacji, czyli że autor zawiadomienia ma porównanie: jak bywa wtedy, gdy bilet aktualny ma, a jak zaczyna być zaraz wtedy, gdy bilet przestaje być ważny. Do tych zmian sytuacji dochodzić musiałoby kilka razy, by zgodnie ze znaczeniem powyższych zdań w języku polskim (jako że niewątpliwie formułują one pewną zasadę obowiązującą w sposób ciągły na pewnym odcinku czasie) nie było tutaj wprowadzania w błąd prokuratury. Oczywiście – należało sytuację zweryfikować i potwierdzić, że istotnie zawiadamiający ma to na myśli, że już kilka razy zmienił mu się stan biletu co do jego dalszej ważności i właśnie wtedy zaczynało się codzienne nawiedzanie go przez kontrolerów w różnych środkach lokomacji "nawet po kilka razy dziennie".

Wobec takiej relacji stanu faktycznego prokuratura nie miała dowolności oceny, na etapie wstępnej decyzji co do prowadzenia postępowania, czy ww. fakty miały miejsce, gdyż z jedynym dowodem się nie konkuruje poprzez podkopywanie go i kreowanie sytuacji "dowodu na taki stan faktyczny brak" (co jakoby uzasadnia w ogóle zatrzymanie się w dziedzinie dokonywania ustaleń faktycznych i przerwanie tutaj normalnego toku postępowania, zmierzającego do ukarania czy to kogoś za stalking, czy to zawiadamiającego za fałszywe zawiadomienie), lecz powinna przyjąć, że tak było. Można tu na marginesie dodać, że zawiadamiającemu przysługuje nie tylko domniemanie niewinności w dziedzinie tego, czy nie popełnia przestępstwa fałszywego zeznania (bo to by może było za daleko na razie posunięta teoria; do decyzji w kwestii prawnej tego, czy doszło do przestępstwa, wymagany jest wyrok sądu karnego lub ewentualnie postanowienie z art. 17 §1 pkt 1-2 k.p.k.), ale też domniemanie prawdomówności wynikające z zasady ochrony czci rozumianej jako godność osobista w sensie cywilistycznym (tzw. "cześć wewnętrzna", jako pojęcie pokrewne do pewnego uzasadnionego poziomu samooceny i związanych z tym oczekiwań, z którymi nie powinno się kolidować) oraz ochrony dobrego imienia (art. 47 Konstytucji) – dwóch dobrze znanych dóbr osobistych czy też elementów dobra osobistego o nazwie cześć. Niezależnie zaś od tego już z samych tylko przesłanek podniesionych pod poprzednim nagłówkiem wynika, że powinno się ufać treści zawiadomienia, co do stwierdzanych obiektywnych faktów, chyba że jest to zupełnie niemożliwe (np. przez podnoszenie wzajemnie sprzecznych tez, nie do pogodzenia ze sobą, lub przez zupełnie nie dającą się wyklarować niejasność sformułowań). Zaś dodatkowo bez względu na to nierozstrzyganie o tej kwestii i już na tym etapie stwierdzanie, że postępowania się nie będzie prowadzić, urąga wspomnianym poprzednio regułom prawa zakotwiczonym w art. 2.

Szczególnie wyrazistym przykładem lekceważenia przez prokuraturę oczywistego problemu budowlanego, wbrew zeznaniom zawiadamiającego i w jaskrawej sprzeczności do art. 2 Kodeksu postępowania karnego, jest sytuacja omówiona przez nas w artykule "Przegrało zażalenie Niżyńskiego w sprawie nakazu zapłaty. Przez łapówkę?" pod nagłówkiem "Sąd – jeszcze jeden ośrodek prześladowania jednostki". Zaprezentowane tam lekceważenie policyjne, a następnie sądowe, wbrew całej masie przedłożonych dokumentów, jest właśnie dokładnym przeciwieństwem tego "zewu krwi", którego dotyczą wskazane tutaj normy prawne w ramach ww. przepisu.

Wnioski rozumowe, jakie powinna wyciągnąć prokuratura

Skoro więc przyjąć należało, że istotnie zachodzi sytuacja, iż z jednej strony kilka razy dziennie jeżdżąc komunikacją miejską Piotr Niżyński styka się z kontrolerami i że z drugiej strony zjawisko to pojawia się dopiero w momencie (niemal dokładnie, np. z dokładnością co do dnia: "właśnie wtedy", "zaraz") zaistnienia sytuacji, że brakuje ważnego biletu, to śledzenie kogoś w sposób nieuprawniony staje się najoczywistszym wyjaśnieniem. Wynika to stąd, że gdyby za sprawą tą stała legalna kontrola operacyjna, to prowadzący ją nie miałby prawa rozpowiadać prywatnym spółkom informacji o śledzonej przez siebie osobie, ponieważ przeciwstawia to się interesooi takiej osoby, a brak jest podstawy prawnej do takich działań. W szczególności, art. 7 Konstytucji nie pozwala żadnym organom państwowym wykraczać poza ramy prawa przy wykonywaniu swych funkcji. Działania takie, krótko mówiąc, byłyby zwykłym stalkingiem, czyli uporczywym nękaniem, to zaś w oczywisty sposób cechuje przede wszystkim indywidualnych przestępców, a nie osoby działające z ramienia instytucji państwowych. Tak należy przyjmować, opcja przeciwna jest nieprawidłowością, która też tak czy inaczej powinna zostać usunięta, powinna być zwalczana. Z drugiej zaś strony zjawisko uporczywego pojawiania się niepożądanych kontroli, których ofiara stara się uniknąć, można by tłumaczyć wyszukaniem danych Niżyńskiego w bazach komputerowych dotyczących biletów imiennych, z tym, że w takim razie niejasne jest, dlaczego akurat względem niego stosowano by takie standardy i czy jest podstawa do powiązania jego osoby z potrzebą stosowania takich standardów przez firmę np. Metro Warszawskie sp. z o. o. czy Zarząd Transportu Miejskiego sp. z o. o. Chodzi tu o podstawę do przetwarzania danych osobowych, tj. ich zbierania i wykorzystywania (w tym przypadku chodzi o dane o osobie fizycznej Piotrze Niżyńskim w postaci informacji, że ma być specjalnie traktowany i ścigany). A zatem widać, że co do zasady przypuszczenie, że w tle tej sprawy jest nielegalne śledzenie, jest wyjaśnieniem najoczywistszym. Niezależnie zaś od tego problemu ewentualnego sprawdzania danych w bazach i tak jednak trudno byłoby wytłumaczyć obecność kontrolerów w konkretnym miejscu, w którym jest też Piotr Niżyński, bez zaangażowania sporych sił w jego śledzenie. Takie trafianie na ofiarę co rusz w wyniku przypadkowych zbiegów okoliczności byłoby skrajnie nieprawdopodobne, ponieważ po Warszawie jeżdżą równolegle tysiące autobusów (setki numerów linii autobusowych należy pomnożyć przez współczynnik związany z tym, o ile częściej przyjeżdżają one na przystanki, np. przyjeżdżając wedle rozkładu co 15 minut, względem tego, co by miało miejsce, gdyby jeździł tylko 1 z danej linii autobusów – wówczas oczywiście mógłby przyjeżdżać na dany przystanek niemalże w każdym przypadku tylko raz na dwukrotność czasu przejazdu od pętli do pętli, czyli np. raz na 2 godziny), po Warszawie analogicznie rzecz biorąc jeżdżą równolegle setki tramwai, wiele pojazdów metra, czyli trafny wybór jednego konkretnego pojazdu (tak, by natrafić na Niżyńskiego) jest w przypadku każdego z kontrolerów skrajnie nieprawdopodobny. Również i oczekiwania liczba trafień przy np. 50 równocześnie próbujących kontrolerach jest znikomo małym ułamkiem znacznie bliższym zeru niż jedynce. Z drugiej zaś strony, jak relacjonuje świadek, nie ma sytuacji, że warszawski ZTM angażuje zawsze ogromne środki w to, by wszędzie i zawsze byli kontrolerzy (jak pokazuje doświadczenie zawiadamiającego z kolei w czasach, gdy bilet ma aktualny). Ewentualne śledztwo, zgodnie z art. 2 k.p.k., mogłoby więc doprowadzić nie tylko do przedstawienia zarzutów śledzenia, ale ewentualnie też zarzutów marnotrawstwa publicznych pieniędzy (jeśli by okazało się, że nie tyle jeździ się za Niżyńskim, co raczej robi kontrolę równolegle we wszystkich pojazdach wobec faktu skończenia się ważności jego biletu) – bez względu na to, która opcja jest prawdziwa, dochodzenie wydaje się w oczywisty wręcz sposób potrzebne. Trzeba po prostu mieć ustalenia faktyczne, jeśli się chce ścigać przestępczość. Nieważne, czy one pójdą w kierunku, który zaproponował zawiadamiający, czyli czy potwierdzą się jego przypuszczenia.

Sam zaś fakt, że zawiadamiającym odpowiednie władze się interesują i dostosowują do niego sytuację dotyczącą kontroli – czyli założenie, że to nie przypadkiem pojawiają się i znikają te kontrole – wydaje się (przy założeniu prawdziwości zawiadomienia) być poza wszelką wątpliwością, co można przesądzić na podstawie samego tylko rozumu. Skoro możliwe jest przesądzenie tego na podstawie rozumu, który jednoznacznie udziela odpowiedzi (w drodze logicznie poprawnego wnioskowania), to stosownie do art. 7 k.p.k. prokuratura nie ma prawa odwoływać się do autorytetu swych "zasad doświadczenia życiowego". To dosyć istotne wniknięcie, ponieważ jak pokazuje przykład Niżyńskiego (oraz ewentualnie innych ofiar przestępczości politycznej) bardzo często próbuje się w tej instytucji kopać rozum, uderzać w zdrowy rozsądek, powołując się jedynie na autorytety lub stosując arogancję; wszelkie polityczne orzeczenia prokuratur i sądów do tego się w istocie sprowadzają. Jeśli by więc prokuratura zgodnie z zasadami swej sztuki rzeczywiście przyjęła sobie za punkt wyjścia obiektywne zdarzenia i sytuacje przytoczone w zawiadomieniu jako te, których zawiadamiający jest świadkiem, i nie zajmowała się ich negowaniem – jeśli więc przyjąć, że tego błędu "neguję na zasadzie niedowierzania i na tym koniec" nie popełniono (a nie ma dowodu, że to taki błąd uznano to za zasadniczą podstawę odmowy wszczęcia postępowania, a nie jedynie za dodatkowy-"wspomagający" zarzut przeciwko ewentualnie nadgorliwemu "ratowaniu" zawiadomienia, wbrew brakowi prawnej potrzeby) – to w takim razie popełnia ona tu naruszenie art. 7 k.p.k. poprzez niewyciągnięcie na podstawie tych danych faktycznych oczywistego w takim przypadku wniosku, że Niżyński jest śledzony, w jakimkolwiek sensie, ale na pewno nielegalnie (może np. w sensie braku ochrony danych osobowych) i że śledzenie to służy stosowaniu przeciwko niemu stalkingu, czyli dokuczaniu mu, jako celowej skoordynowanej czynności.

Po prostu ww. wnioski podane w ostatnich słowach poprzedniego akapitu, konieczne w świetle art. 7 k.p.k., wynikają z samej tylko rozumowej analizy tej sytuacji faktycznej z zawiadomienia. Wiadomo, że co do zasady funkcjonowanie każdej organizacji opiera się na pewnej polityce wewnętrznej, której owocem jest pewien status quo, stan ustalony, nie podlegający zmianom non stop. Stan ten oczywiście może być pokłosiem nałożenia się na siebie wielu czynników losowych, tj. np. liczba kontrolerów danego dnia mogłaby być – przy pewnej dopuszczalnej metodzie wewnętrznego zorganizowania się, tj. np. pracy kontrolerów opartej o elastyczny wymiar godzin, wedle uznania, i płatnej za godziny – konsekwencją wielu indywidualnych decyzji, te zaś można rozpatrywać w kategorii zdarzeń losowych, tj. statystycznie. Decyzje te są wynikiem indywidualnego myślenia poszczególnych kontrolerów oraz sytuacji zewnętrznej w ich otoczeniu, która się zmienia w przybliżeniu rzecz biorąc w sposób losowy, nieprzewidywalny, ale koniec końców jest to wszystko co do zasady zgodne z pewnym rozkładem. U każdego z tych kontrolerów. W sumie więc liczba kontroli danego dnia podlega tzw. rozkładowi normalnemu. Prokurator oczywiście nie musi tego rozumieć, a co dopiero zaledwie jakiś niemalże uczeń, czyli asesor prokuratury, tym niemniej oczywiste jest, że istnieje status quo w skali makro, zaś – wobec istnienia ogromnej liczby determinujących ten stan ustalony czynników, których on jest wypadkową – istnieje pewna najogólniejsza stabilność, wynikająca np. z takich zjawisk, jak istnienie "przeciętnej" w społeczeństwie, przejawiającej się w poszczególnych osobach (chodzi tu np. o pracowitość, o możliwości w dziedzinie ilości poświęcanego na pracę czasu, o to też, na ile człowiekowi zależy na pieniądzach zdobywanych przecież mimo wszystko pewnym wysiłkiem fizycznym). Bez pojawienia się przyczyny zewnętrznej względem tego normalnego stanu rzeczy nie wyjaśni się zmian skokowych w ilości obserwowanych kontroli, ponieważ tak, jak w przypadku pojedynczego człowieka zupełne oderwanie się od dotychczasowych nawyków jest wyjątkowo nieprawdopodobne, czyli np. zdarzy się tylko z prawdopodobieństwem 0,1 (w skali od 0 do 1; tj. na 1%), to tym bardziej w przypadku np. 10 kontrolerów nie zdarzy się tak, że wszyscy oni zmienią podejście; a przecież bez takiej zmasowanej akcji co najmniej części kontrolerów (tutaj np. 10, spośród np. 50 ogółem zatrudnianych; którychkolwiek 50), gdyż prawdopodobieństwo niezależnego zajścia n zdarzeń losowych to iloczyn n czynników równych ich prawdopodobieństwom, czyli w tym przypadku 0,01×0,01×0,01×...; widać więc, jak łatwo skrajnie nikłym staje się prawdopodobieństwo wskutek zwiększania się liczby osób (przypadków losowych), w których miałoby równolegle i niezależnie dojść do jakiejś zmiany. Nie rozwiązuje tego problemu skrajnie nikłego prawdopodobieństwa także to, że zmiana może zajść u którychkolwiek np. 10 (przykładowa minimalna ilość, która odniosłaby zauważalny skutek) pracowników spośród 50 możliwych: łatwo to zauważyć analizując sytuacje proste, gdzie jest np. 5 czy 6 ludzi i sprawdzamy, co jest bardziej prawdopodobne i na ile łatwo spada prawdopodobieństwo, w porównaniu z pojedynczym przypadkiem, zdarzenia się np. u 2 czy 3 ludzi pewnej nieprawdopodobnej zmiany podejścia. Prokuratura obowiązana była te okoliczności uwzględnić i na tej podstawie wykluczyć teorię, że przez oddolne zjawiska bez związku z życiem Niżyńskiego kilkakrotnie w bardzo trafnych momentach dochodziło do wzmożenia kontroli (i odwrotnie, do ich osłabienia po opłaceniu biletu). Dla porównania, teoria o tym, że zmiany wynikały z odgórnych zarządzeń, jednakowoż bez związku z życiem Niżyńskiego, jest już bardziej prawdopodobna, wszakże jednak jest naiwna. Teoria taka wymaga przyjęcia jako rzeczy nie do obalenia, że nie ma nieprawidłowości o charakterze politycznym. Każda zmiana odgórnie wprowadzana przez pewne lokalne władze jest czymś niecodziennym, co zaprzecza generalnie non stop obowiązującemu pewnemu status quo, a zatem zdarza się raz na stosunkowo długi czas. Potencjalnie np. wiele tygodni. Ilekroć więc pokrzywdzonemu w omawianej tu sprawie kończył się bilet, powstawała sytuacja, że masowe pojawienie się kontrolerów danego dnia mogłoby nastąpić losowo, ale z nikłym prawdopodobieństwem, np. poniżej 5%, a wedle doświadczenia życiowego dowodzącego (w przypadkach ogólnych) sporej stabilności-niezmienności tych spraw (całymi latami czy co najmniej miesiącami nic się nie zmienia): nawet jeszcze mniej, nawet poniżej 1%. Z jednej strony opcją jest więc, co najwyżej – by ująć tu tylko opcje prezentujące sobą rozsądnie nadające się do uwzględnienia prawdopodobieństwa – możliwość powstania politycznej decyzji przypadkiem danego dnia, co jest prawdopodobne na np. 0,5-5%, z drugiej zaś: możliwość istnienia jakiejś nielegalnej obserwacji, w ramach której politycy czy też różne władze zabawiają się swą ofiarą i wyżywają na niej. Można by przyjąć, na podstawie pewnego rozsądnego zaufania do mediów, że najprawdopodobniej ta druga opcja nie jest realizowana, ale można tak przyjąć tylko z pewnym prawdopodobieństwem, np. 99%, bo w demokracji (wynikającej jako założenie prawne państwa z art. 2 Konstytucji RP) niczyj autorytet nie powinien być poza jakąkolwiek krytyką i kontrolą. W związku z tym zarezerwować można przyzwoicie niski poziom prawdopodobieństwa, np. 1%, że wizja polityki prezentowana przez mass media nie jest prawdziwa, bo pomija pewien skandal czy skandale (może zresztą nieświadomie). Poziom ten, jeśli się temu przyjrzeć bardziej analitycznie, będzie następnie determinował to, jak duże musi być nieprawdopodobieństwo pewnego zbiegu okoliczności, mogącego teoretycznie świadczyć o przestępstwie, by zdecydowanie najprawdopodobniejszym, "miażdżącym" wytłumaczeniem go było właśnie przestępstwo a nie po prostu to, że zdarzył się przypadek, który czasem, choć bardzo rzadko (np. raz na 5000 wyborów z cyklu tych, które organizuje się co 4 lata), się zdarza. Przykładowo, gdy zaufanie do mediów przyjmie się na poziomie 99%, a prawdopodobieństwo, że fałszują obraz polityki, na 1%, to zdarzenie się czegoś nieprawdopodobnego na 0,01% (czyli przypadku "1 na 10.000") mogącego być albo wytworem przestępstwa najpewniej politycznego, albo wytworem przypadku losowego, pozwoli przyjąć na aż 99% (czyli w stopniu praktycznie miażdżącym opcję przeciwną), że przestępstwo polityczne istotnie miało miejsce. Dla porównania, gdyby zaufanie do mediów przyjąć na poziomie 99,99%, czyli prawdopodobieństwo ich nierzetelności (np. finansowo inspirowanej) na 0,01% (1 do 10.000), to dopiero przypadek o prawdopodobieństwie "1 do miliona" uznany będzie za niemal na pewno świadczący o przestępstwie, skoro trzeba się ograniczyć do 2 opcji (dlaczego? bo opcja 1 do 10.000 jest ok. 100 razy bardziej prawdopodobna). Jednakże w codziennym życiu każdy przyjmuje, że typowo już sprawy nieprawdopodobne w stopniu np. 1 do 1000 są najprawdopodobniej 'ludzką ręką dobrane", jeśli tylko da się to w jakikolwiek tego typu sposób wytłumaczyć. Stosowanie takiej miary, typowo naturalnej dla większości ludzi, odpowiada stałej "prawdopodobieństwo rzetelności mediów" na poziomie 0,9 (90%), czyli prawdopodobieństwo spisku wynosi 10%, a wspomniana szansa zdarzenia się akurat tego dnia zmiany o "politycznym" charakterze w instytucjach miejskich: rzędu 0,5-5%, jak już zostało wyżej wywiedzione w sposób rozumowy. Są to liczby porównywalne, większe jest nawet prawdopodobieństwo spisku rzutującego prawdopodobnie na rzetelność mass mediów (spisek polegający na kryciu tematów, co do których zapewne zgłaszaliby się świadkowie do mediów): jest ono tu od 2 do 20 nawet razy wyższe od opcji przeciwnej, czyli przypadku losowego. Podsumowując – a jest to metodologia rozumowej oceny sytuacji analogiczna do tej, którą Niżyński zaprezentował w temacie protestu wyborczego przeciwko sfałszowaniu wyborów do parlamentu – niewątpliwe dla każdego poprawnie rozumującego człowieka powinna być to, że w tej sytuacji najprawdopodobniej państwo źle funkcjonuje i celowo prześladuje Niżyńskiego. Szansa na to to, jak powyżej oszacowano, między ok. 66,67% a ok. 95%.

Ja bym tę sprawę podsumował tak, że młoda asesor prokuratury robi z czytelników swego postanowienia idiotów, gdy próbuje przeforsować tezę, iż niemożliwe jest albo "wykluczone z przyczyn prawnych", "objętych dowolnością prokuratorskiej oceny", to, że dochodzi tu do przestępstw politycznych i podsłuchowych. Bo coś takiego się zdarzać nie może, niejako z mocy praw natury. I że wykluczenie tego to normalna konsekwencja zastosowania "zasad doświadczenia życiowego i logicznego rozumowania". Każdy już na pierwszy rzut oka czytając zawiadomienie zauważy, że jest wręcz przeciwnie, a argumentacja prokuratury przeznaczona jest dla osiołków i tylko osiołki ją mogą docenić – dodaje autor zawiadomienia.

Błędne i od niechcenia napisane meritum uzasadnienia odmowy podjęcia czynności

Dla porównania, uzasadnienie prokuratury w jego istotnej części (tej, która rzeczywiście coś wyjaśnia ściśle odnośnie tej konkretnej sprawy) sprowadza się do 2 zdań:

Pismo Piotra Niżyńskiego stanowi materiał z trudnością poddający się rzeczowej ocenie oraz nacechowany osobistymi interpretacjami [to na razie nie jest żaden poważny zarzut – przyp. red.], a wnioski formułowane przez autora nie dają się pogodzić z zasadami doświadczenia życiowego i logicznego rozumowania [na pewno wnikliwej osobie cisnęłoby się tutaj na usta pytanie: "które konkretnie wnioski?" – te, że zaszło przestępstwo (bo pozostałe tematy, jako nierzeczowe, nie powinny prokuratury interesować)? przecież w takim przypadku najprawdopodobniej zaszło; niestety nawet nie wiadomo, co tutaj prokuratura ma na myśli i czy aby nie wybiega poza swe zadanie, którego się tu podejmuje, w postaci określenia prawdopodobieństwa popełnienia przestępstwa – przyp. red.].
Ponadto informacje podawane przez pokrzywdzonego stwarzają istotne wątpliwości co do ich zgodności z rzeczywistym przebiegiem wypadków [tego nie powinno się stwierdzać na tym etapie, a ponadto nie ma to wpływu na konieczność prowadzenia postępowania – przyp. red.], zwłaszcza w zakresie źródła i przyczyn doznawanych przez niego negatywnych doświadczeń (...) [dziedzina to oczywiście bez znaczenia dla konieczności prowadzenia postępowania; zadaniem prokuratury jest te przyczyny poprawnie wyszukać – przyp. red.].

Bezpośrednio po tych 2 zdaniach, przepojonych jak widać odniesieniami do spraw, które bynajmniej nie mają znaczenia dla samej potrzeby prowadzenia postępowania karnego (tj. zwłaszcza do wizji, jaką na temat sprawstwa problemu ma Piotr Niżyński: że jest współodpowiedzialność Telewizji Polskiej, że jest stosowanie radarów radiolokacyjnych itd., co przecież w zawiadomieniu było jedynie wskazówką, a nie jakimiś wiążącymi prokuraturę ramami postępowania, jakimś zarzutem, którego porzucić jej nie wolno na rzecz ubożej skonstruowanych teorii), pada nielogiczna dlatego teza końcowa:

Mając na względzie wskazane powyżej okoliczności należy stwierdzić, iż w sprawie brak jest danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu [tzn. jakiegokolwiek czynu przestępczego, co do którego zarzut można by zakreślić w ramach zawiadomienia – przyp. red.], co uzasadnia postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia.

Jak więc widać, przez tego typu sofizmaty, zupełnie nie dające się obronić w świetle logiki oraz zasad wynikających z prawa, w tym w szczególności art. 2 k.p.k., prokurator zlekceważył przestępstwo ("ryzyko, że popełniono jakieś tego typu przestępstwo, z pokrzywdzonym Niżyńskim": w tym przypadku nawet w oczywisty sposób bardzo wysokie, jak zauważy każdy czytelnik np. bloga www.bandycituska.com), co oznacza też bycie na bakier z zakazem poplecznictwa ((art. 238 k.k.). Z zakazu tego wynika, że do czasu dowodowego wykluczenia wszelkiej możliwości, że przestępstwo popełniono i mogłoby ono być (technicznie rzecz biorąc) efektywnie ścigane w danym postępowaniu (wymaga to, rzecz jasna, jakiegoś punktu zaczepienia, w postaci np. świadka w danej instytucji, jakiegoś uzasadnionego kierunku poszukiwań itd.), nie powinno się tamować biegu postępowania karnego postanowieniami przewidzianymi w art. 17 §1 pkty 1-2, 10 k.p.k. – z czego wynika też potrzeba odpowiedniego formowania swych subiektywnych opinii co do istnienia "uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa". Toteż można się spodziewać, że kiedyś w przyszłości, po odpowiednich zmianach władzy (na razie oczywiście bezskutecznie by Czytelnik próbował zawiadomić np. Zbigniewa Ziobro – czy to poprzez jego poselską skrzynkę e-mail, czy przez biuro poselskie, czy nawet przez Prokuraturę Krajową jako organ nadzoru ze strony państwowego status quo, tj. istniejącego establishmentu – podobnie też można też, równie bezskutecznie, próbować zawiadomić Jarosława Kaczyńskiego) – pracownicy prokuratury piszący takie decyzje będą za nie ścigani w trybie kryminalnym, w tym także z paragrafu o przekroczeniu uprawnień (art. 231 k.k.).

Na razie, niestety, trwa w najlepsze polityka krycia kryminalizacji instytucji państwowych – co gorsza, także tych związanych z prawem społeczeństwa do informacji, czyli z fundamentami demokracji, oraz tych związanych ze ściganiem przestępstw, czyli z istotnym fundamentem praworządności.

Iluzoryczne prawo do sądu

W sprawie tej teoretycznie możliwe było zaskarżenie decyzji prokuratury do sądu, ale Niżyński z tego prawa nie skorzystał – z braku czasu i perspektyw:

Przyczyną jest bardzo niski poziom kultury prawnej prezentowanej wobec mnie w dziedzinie zawiadomień o przestępstwach: arogancja, prymitywizm, nawet aż demonstrowanie tych samych zjawisk, o których mowa w zawiadomieniu, przez pracowników sądu na mój widok. Oni mają swoją koncepcję "uzasadnionego podejrzenia" popełnienia przestępstwa, którego to uzasadnionego podejrzenia najczęściej wolą odmówić, by nie posuwać się do obrony na zasadzie dyskryminującego stwierdzania, że dana rzecz jest legalna, skoro w przypadku innych pokrzywdzonych być może jest ścigania. To są dwie podstawowe i praktycznie zawsze jedyne możliwe opcje: albo "brak uzasadnionego podejrzenia", albo "czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego", toteż w przypadku klasycznych przestępstw dyskryminacyjnych, polegających na tym, że to mnie wyłącza się z ochrony prawnej, ale innych już niekoniecznie, zawsze musi być brak uzasadnionego podejrzenia. Odrzuca się przy tym, w sposób szalenie prymitywny, wszelkie inne przepisy mogące pomóc w ustaleniu tej kwestii, czyni się z niej niemalże sprawę emocji, odczuć, wrażeń, jakie ma prokurator czy sędzia, zupełnie zapominając natomiast o tym, że zdaniem Trybunału Konstytucyjnego w działaniu sądów nie powinno być żadnej arbitralności. Nie powinny orzekać dowolnie: nie wiedzieć, czemu w jakiś konkretny sposób, tylko powinny wywodzić wszystko w sposób rozumowy, na zasadzie poprawnego ciągu przesłanek i wniosków. W sprawach zaś rozumowych pierwsze i niepodważalne miejsce powinno mieć prawo. A zatem skoro tylko dają się wykorzystać takie przepisy, jak art. 7 i zwłaszcza art. 2 Kodeksu postępowania karnego, ci funkcjonariusze publiczni powinni je respektować i uwzględniać, a nie zasłaniać się jedynie jakimiś subiektywnymi przekonaniami.

Wszystkie poprzednie sprawy dotyczące dręczenia Piotra Niżyńskiego były jak dotąd przez sądy zamykane bez dochodzenia – natomiast nadawano im dobrze dobrane sygnatury, co jest skoordynowanym procederem wspólnym dla kierownictwa różnych sądów; sygnatury te wskazują na to, że administracyjni pracownicy obsługujący sąd przyjmują zewnętrzne polecenia albo zajmują się wczytywaniem w zawiadomienia Niżyńskiego i wyszukiwaniem detali jeszcze nawet dodatkowych, o których w ogóle w nich nie ma wzmianki, np. o udziale papiestwa). Przykładowo, sprawie z 2017 r. nadano sygnaturę PR 3 Ds 276.2017, czyli numer 267, taki, jak nr art. Kodeksu karnego o nielegalnym podsłuchu – wskazuje to, że miała to być główna, najważniejsza w całym roku sprawa tego typu. W sądzie natomiast dostała sygnaturę opartą na liczbie 476 ("upadek Rzymu), jak pokazuje blog Niżyńskiego. Odmawiano śledztwa nawet wtedy, gdy sędzia sam był świadkiem gnębienia, o którym wspominało zawiadomienie (tj. np. dźwięków tortury dźwiękowej). Nie pomagało składanie bardzo licznych dowodów, tj. np. amatorsko sporządzonych (ale dających się łatwo zweryfikować) stenogramów bardzo licznych taśm z nagraniami przyłapanych na mówieniu o podsłuchu (czy też celowo o nim mówiących, żeby pomóc Niżyńskiemu) pracowników różnych firm i instytucji, z obietnicą dostarczenia także filmów na płytach DVD w miarę potrzeby (chodzi tu generalnie o materiały dostępne też na blogu www.bandycituska.com). Wszystkie te dowody zewnętrzne, tj. pochodzące od innych osób – mimo że bardzo jasno tam się wyrażano, że chodzi o Niżyńskiego, o nadużycia, przestępstwa, nielegalny podsłuch, torturę – lekceważono na równi z oświadczeniami zawiadamiającego, co pokazuje, że problem nie leży w braku zewnętrznego potwierdzenia, co może ewentualnie ktoś nieobeznany z prawem uznałby za dopuszczalne, tylko po prostu w złej woli samego organu ochrony prawnej i jego personelu.

(n/n)

×

Dodawanie komentarza

TytułOdp. na:
Treść:
Podpis:
KOMENTARZE (0)Skomentuj
Brak komentarzy do tego artykułu. Możesz napisać pierwszy.
Nowi użytkownicy dzisiaj: 1.© 2018-2020 xp.pl sp. z o. o. i partnerzy. Publikowane materiały wyrażają opinie ich autorów.RSS  |  Reklama  |  O nas  |  Zgłoś skandal